| ||
|
Czytasz posty znalezione dla hasła: lokale plock lokal plock
|
| Szukaj:Słowo(a): lokale plock lokal plock |
Nie, to mam nadzieje wreszcie senswone spotkanie forumowe, w wiekszosci milych i sympatycznych ludzi. A oczyiwscie najsympatyczniejszy i najskromniejszy jestem ja Na powaznie tutaj o tym duzo stron tutaj : http://malachowianka.plock.org.pl/forumgamma/viewtopic.php?t=1846 Jakbys chciala plan imprezy to wyglada najpradopodbniej tak: 1. przychodzi mortan i tradycyjnie odpala fajka 2. czekamy na reszte 3. reszta przychodzi 4. zastanawiamy sie gdzie isc 5. najczescie wypada na najgoszy lokal z mozliwych ( jak bedize fart, to sie trafi Eryk albo Zabka czyli lokale eksluzywne ) 6. ok 21 młodzi zaczynaja sie zbierac do domu 7. do 12 zostaje najstarsza czesc, ktora tez sie powoli zbiera, bo zawsze mają wymowke ze musza wracac do chaty bo costam 8. niedopity mortan wraca do domu po drodze wchodzac do Rywala zeby kupic cos na sen |
witajcie.jestem tu nowa.skoro zajrzalam na te strone to tak jak wiekszosc z was pewnie chcialabym otworzyc kwiaciarnie.doswiadczenia nie posiadam,za to pytan mam trzy kilo.moze najpierw napisze jak wyglada sytuacja z lokalem.sto metrow od domu czyli lokalu jest kosciol i cmentarz,targowisko(czynne raz w tygodniu).i to tyle dobrego.w okolicy jest szkola,sporo sklepow min ze sztucznymi kwiatami,zniczami no i jedna kwiaciarnia .lokal znajdowalby sie w domu,musialabym tylko(az) wybic drzwi od ulicy takze odpada czynsz.I CO DALEJ Kurs!tylko czy w oklolicach płocka takie kursy sa organizowane chyba odeszla mi chec na kwiaciarnie,bo jak pomysle o brakach to krew mnie zalewa.nie mam auta,nie mam zaplecza finansowego.mam swoje ukochane dziecko,prace i faceta ktory mnie dobija.musze cos wymyslic bo praca PH nie trwa do emerytury
|
Wynajmę lokale handlowe i biurowe w centrum Płocka, przy jednej z głównych ulic handlowo-usługowych. Lokal na parterze 3-piętrowej kamienicy: 80 m2 + 54 m2 przynależna piwnica. Cena 120 zł. netto/metr za lokal główny + 30 zł. netto/metr za piwnicę + opłaty za energię. Razem za lokal na parterze: 11220 zł. netto + energia. Drugi lokal na II piętrze o powierzchni 19 m2. Cena: 35 zł. netto/metr + opłaty za energię. Razem: 665 zł. netto + energia. Kontakt: 500 071 600. |
Kaffa, po pierwsze do Włocławka jechać mozna przez różne miejscowości ale żeby przejeżdżać obok karczmy Babskie Jadło to trzeby by jechać z Płocka! Znam krótszą drogę z Płocka do Włocławka. Babskie Jadło bowiem znajduje się 6 km za Gostyninem w kierunku na Płock a nie na Włocławek. Wynika mi z tego, że specjalnie tam pojechałeś. Mam nadzieję, że nie po to by zrobić negatywną reklamę właścicielce. Jeśli by tak miało być to broń Boże polecać na tym forum jakiekolwiek lokale. A może ta opinia została tak wystawiona, bo właścicielka nie chciała przejść na kawę Puccini! Puki co informuję miłych internautów, że na jadło i zapachy (przecież to jest KARCZMA więc jakie zapachy mają w niej panować - żabich udek?) w Karczmie Babskie Jadło nikt do tej pory nie narzekał a wprost przeciwnie. Jeżdżą tam ludzie specjalnie z Płocka, Włocławka a nawet z Warszawy. Nie mniej postaram się dowiedzieć coś o tym incydencie u źródła i poinformować o tym internautów. Przy okazji mam pytanie. Czy ta kawa Pedros to była podawana przy użyciu młynka? Do tej pory spotykałem się tylko z Pedros - kawą mieloną. Nie sądziłem, że tak wytrawny znawca kawy zamówił "zalewajkę" w lokalu, w którym na eksponowanym miejscu stoi piękny, dwu grupowy, profesjonalny ekspres System KB-2000 Display w kolorze bordo z młynkiem w takim samym kolorze. Po za tym sądziłem do tej pory, że jest to forum dyskusyjne na temat kawy a nie serwowanego w lokalch jedzenia i zapachów. Proszę więc, jeśli będziesz miał ponownie okazję odwiedź ten lokal jeszcze raz, poproś o espresso, poproś o cappuccino i napisz swoją opinię na temat kawy, sposobu jej przyrządzania, podawania, smaku, zapachu i cremy. Na razie ten temat kończę i obiecuję kontynuację jutro. Teraz coś a propos kawy Pedros. Kiedyś od mojego klienta usłyszałem, że w innym lokalu który serwuje kawę Manuel (nazwy nie podaję by nie było podobnego incydentu) podaje się kawę Pedros i to w sposób urągający wszelkim zasadom wykonywania kawy espresso. Przejeżdzając obok tego lokalu postanowiłem to sprawdzić. Wstąpiłem i widząc za ladą inną panienkę od tych, które szkoliłem poprosiłem espresso i cappuccino obserwując sposób wykonania. Pani z ekspresu KB-2000 wykonała "ekspreso" do dużej filiżanki w czasie 10 sekund. Na cappuccino już nie było sensu patrzeć - było to coś szarego i wodnistego. Sytałem się więc jaką kawę serwuje. Pani stierdziła, że nie wie ale chyba Pedros. Poprosiłem więc by pokazała mi opakowanie tej kawy. Po krótkim szukaniu Pani wyjęła z szafki spod ekspresu czerwone opakowanie MANUEL CAFFE - SOLAROMA. Pytam się więc czy zdaje sobie sprawę z tego co ma napisane na fartuszku. Oczywiście nie wiedziała. A był to czarny fartuch firmowy z czerwonym logo MANUEL CAFFE. Dlaczego o tym piszę? Otóż personel w tym lkoalu był szkolony miesiąc wcześniej. Rotacja personelu nastąpiła więc bardzo szybko. Właściciel lokalu (mimo, że też był szkolony w temacie kawy i ekspresu) nie zdążył panienki przygotować i efekt był jak wyżej. Zapewniem jednak, że po tym incydencie można już tam śmiało zamawiać espresso i cappuccino. Mimo, że nie jest serwowane z najlepszej SUBLIME a tylko z SOLAROMY. |
![]() Polacy z roku na rok coraz chętniej sięgają po filiżankę kawy. 80 proc. pija ją regularnie. Pijemy nie tylko coraz więcej (po trzy kilogramy rocznie), ale coraz lepszą i droższą. Rynek kawy to jeden z największych rynków FMCG w Polsce, wart ok. 3 mld zł. Wartościowo wzrósł w ostatnim roku, według firmy badawczej AC Nielsen, o 16,2 proc., a jeśli liczyć w filiżankach kawy - o 6,3 proc. Dzieje się to głównie za sprawą szybkiego wzrostu rynku kawy rozpuszczalnej - o 16 proc. wartościowo i 10 proc. w filiżankach. - Rynek kawy w Polsce jest dojrzały, ale cały czas rosnący. Średnie roczne spożycia kawy na głowę mieszkańca to w Polsce ok.3 kg, a zatem kilkakrotnie mniej niż na przykład w Skandynawii, gdzie średnio spożywa się ok. 12-13 kg kawy. Oprócz wzrostu ilościowego, mamy do czynienia ze wzrostem wartościowym - konsumenci coraz bardziej zwracają uwagę na jakość kawy i decydują się na zakup kawy z wyższych segmentów cenowych - mówi Krzysztof Klimczak, wiceprezes zarządu Strauss Cafe Poland. - W ciągu ostatnich 10 lat spożycie kawy w Polsce wzrosło o ponad 80 proc. Według danych Nestlé, w 1996 r. wypijano ok. 280 filiżanek kawy per capita, a dziesięć lat później już ponad 510 filiżanek. Badania AC Nielsen pokazują, że wśród wypijanej kawy coraz większy udział ma kawa rozpuszczalna, która obecnie stanowi 43 proc. całego rynku kawy mierzonego w filiżankach i ponad 47 proc. wartości całego rynku. Dziesięć lat temu było to zaledwie 15 proc. Ponad 80 proc. Polaków deklaruje, że pije kawę regularnie - dodaje Zbigniew Skarżyński, marketing manager w Dziale Napojów Nestlé Polska. Kolejnym charakterystycznym trendem na polskim rynku jest rosnąca popularność kaw z segmentu premium. - Rynek premium jest ciągle do zdobycia, świeżo parzona kawa najwyższej jakości stanie się wkrótce czymś tak powszechnym, jak kieliszek dobrego wina czy koniaku - przekonuje Ewa Jankowska, dyrektor ds. dystrybucji i handlu Poznańskiej Palarni Kawy Astra. - Konsumenci odchodzą od parzenia kawy po turecku i przekonują się do stosowania ekspresów przelewowych i ciśnieniowych. Powoli rodzi się kultura picia kawy. Wpływa to w wyraźny sposób na wzrost sprzedaży kategorii kaw ziarnistych. Przykładem tego jest wzrost sprzedaży naszych głównych marek. W okresie styczeń - maj 2008 r. zanotowały one ponad 30-proc. wzrost sprzedaży w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego - dodaje Ewa Jankowska. - Wykorzystując rosnącą popularność kaw lepszej jakości, Nestlé stworzyło w swojej ofercie nowy segment kaw super premium. Na linię Nescafe Collection składają się: Nescafe Espresso - "mała, czarna, intensywna" kawa z idealną cremą (crema, czyli delikatna kawowa pianka, to nieodzowny atrybut prawdziwego włoskiego espresso) oraz Nescafe Alta Rica i Nescafe Cap Colombie - dwie unikatowe, ekskluzywne kawy, zawierające 100 proc. Arabiki - mówi Zbigniew Skarżyński z Nestlé Polska. - Jeszcze trzy lata temu nasze portfolio obejmowało silne marki z segmentu ekonomicznego, średniego i superpremium, ale nie mieliśmy w ofercie marki premium. Dlatego firma podjęła decyzję o zakupie marki MK Cafe z jej czołowym produktem MK Cafe Premium. Akwizycja MK Cafe nastąpiła we wrześniu 2005 roku i od tej pory MK Cafe Premium systematycznie wzmacnia swoją pozycję - informuje Krzysztof Klimczak ze Strauss Cafe Poland. Oprócz Nestle, Strauss Cafe Poland i Astry, równie ważnym graczem w tym segmencie jest Tchibo. - W najbliższych latach spodziewamy się rozwoju przede wszystkim segmentu premium, a w nim produktów innowacyjnych, dlatego wprowadziliśmy ostatnio na rynek Tchibo Exclusive Fluid, pierwszą skoncentrowaną kawę w płynie. Powstawać będą również produkty odpowiadające na najbardziej widoczne trendy konsumenckie, takie jak rosnące tempo życia, dbałość o zdrowie czy rosnąca świadomość ekologiczna - mówi Ewelina Wasilewska, PR manager Tchibo Warszawa. Loterie, degustacje, pokazy - Poznańska Palarnia Kawy Astra prowadzi bardzo zróżnicowane działania w sferze marketingowej. Ostatnio zorganizowane były dwie loterie konsumenckie. Obecnie trwa wielka akcja samplingowa Astry. Ponad milion darmowych próbek trafi do konsumentów w całej Polsce. Akcja jest przeprowadzona za pośrednictwem prasy oraz w punktach sprzedaży, w których wręczane są próbki towarowe. To saszetki kawy niskodrażniącej Astra w eleganckim samplerze, który ma za zadanie przenieść konsumenta w świat kawy Astra i wprowadzić klimat kolumbijskich plantacji, z których ta kawa pochodzi - informuje Ewa Jankowska z Poznańskiej Palarni Kawy Astra. Monika Zdrożek, członek zarządu Strauss Cafe Poland, podkreśla, że strategia marketingowa firmy obejmuje wiele działań: od budowania optymalnej dystrybucji i ekspozycji w punktach sprzedaży, poprzez budowanie świadomości marki przez media, kończąc na akcjach degustacyjnych, mających na celu bezpośredni kontakt konsumenta z marką. - Mamy na swoim koncie niestandardowe przedsięwzięcia, takie jak Telewizyjna Akademia Kawy MK Cafe, gdzie na antenie TVP Mistrz Polski Baristów wyjaśniał, jak przygotować rewelacyjną kawę w profesjonalny i domowy sposób. Obecnie trwa konkurs MK Cafe Premium, w którym nagrodą jest udział w weekendowej Szkole Mistrzów Kawy - dodaje. "Mała czarna" przy stoliku Rynek kawy premium zmienia się nie tylko na półkach sklepowych. Polacy coraz częściej piją drogą kawę poza domem. Szczególnie wyróżniają się na tym polu franczyzowe sieci kawiarni. - W roku 2007 rynek gastronomicznych systemów sieciowych w Polsce został wyraźnie zdominowany przez sieci z segmentu kawiarni i barów kawowych. Przybyło dziesięć franczyzowych sieci kawiarni, a dynamika i plany ich rozwoju zepchnęły na drugi plan dominujące od kilku lat systemy z segmentu fast food i fast casual. Wynika to z faktu, iż cały rynek kawiarni i barów kawowych w Polsce rozkwita. Ma na to wpływ (podobnie jak na dynamiczny rozwój całego sektora gastronomicznego) dobra sytuacja ekonomiczna, zmieniający się styl życia Polaków i fakt, że dotychczas nasycenie rynku lokalami tego typu było znikome - mówi Agata Zarębska z Akademii Rozwoju Systemów Sieciowych. - Pomimo rosnącej z miesiąca na miesiąc liczby franczyzowych kawiarni sieciowych, pozycje liderów pod względem liczby placówek na polskim rynku udało utrzymać się sieciom Cafe Nescafe i Pożegnanie z Afryką. Wśród nowych graczy na rynku warto zwrócić uwagę na systemy, za którymi stoją inwestorzy dysponujący kapitałem umożliwiającym szybki rozwój sieci lokali (jak sieć iCoffee tworzona przez dystrybutora prasy Ruch SA czy Costa Coffee rozwijana przez spółkę eCoffee, której udziałowcem jest NFI Krezus) oraz na uznane marki - zarówno zagraniczne (Wayne’s Coffee, Starbucks) jak i polskie (sieć Cava, która rozpoczęła właśnie rozwój systemu franczyzowego). To te sieci mają szansę zdobycia największych udziałów w rynku i kształtowania jego rozwoju - podkreśla Agata Zarębska. Zróżnicowaną i bogatą ofertą wyróżniają się przede wszystkim dwie sieci: Singidunum oraz Pożegnanie z Afryką. Zarówno w jednej, jak i drugiej sieci poszukiwacze wysublimowanych smaków mogą wybierać spośród dziesiątków rodzajów i gatunków kaw z całego świata. Nie brakuje tam również egzotycznych propozycji. W ofercie znajduje się m.in. kawa: Blue Mountain z Jamajki, Capitan Cook z Hawajów, Sidamo z Etiopii oraz słynna Kopi Luwak. - Kopi Luwak to gatunek kawy pochodzący z południowo-wschodniej Azji, wytwarzany z ziaren kawy, które poddane enzymom trawiennym zwierzęcia luwak (po polsku łaskun) są starannie czyszczone, sterylizowane, palone i następnie mielone. Kawa charakteryzuje się bogatym i aksamitnym smakiem z wyraźną nutką karmelu i czekolady. W ciągu roku uzyskuje się najwyżej 500 kg tego gatunku kawy - informuje Jasmin Soljanin, właściciel sieci Singidunum. Cena tego rarytasu nie jest jednak niska. - Filiżanka słynnej kawy kosztuje 75 zł, a cena kilograma wynosi 1,9 tys. zł - dodaje Jasmin Soljanin. Wzrost oczekiwań konsumenckich zauważa również właściciel sieci sklepokawiarni Pożegnanie z Afryką Krzysztof Drohomirecki. - Działamy od 1992 roku. Początkowo dużym powodzeniem cieszyły się kawy smakowe i niewielu było klientów, którzy potrafi li docenić smak i aromat wysokogatunkowej kawy. Ale ostatnio się to zmienia - podkreśla. - Wobec silnej konkurencji w segmencie kawiarnianych systemów sieciowych szansę przetrwania będą miały tylko największe marki i najciekawsze, dobrze przemyślane koncepty. Obecnie praktycznie wszystkie sieci zapowiadają liczne otwarcia i ekspansję na teren całego kraju. Nie dla wszystkich może to okazać się możliwe i wykonalne. Mniejsze sieci powinny koncentrować się na budowaniu marki lokalnie - doświadczenia systemów w innych segmentach rynku pokazały, że czasami jest to doskonały punkt wyjścia do dalszego rozwoju, zarówno w kraju, jak i poza jego granicami - mówi Agata Zarębska. Singidunum oraz Pożegnanie z Afryką nie obawiają się zagrożeń i zapowiadają dynamiczną ekspansję. - Ciągle rozwijamy sieć naszych sklepów. Obecnie mamy ich 20, z czego 15 to lokale franczyzowe. W najbliższym czasie chcielibyśmy zaistnieć w Trójmieście i Szczecinie. Wkrótce uruchomimy też sklep internetowy, aby móc dotrzeć do szerokiego grona klientów - mówi Krzysztof Drohomirecki. Podobnie wygląda sytuacja w Singidunum. - W 2008 roku zamierzamy otworzyć lokal w Centrum Handlowym Galeria Gwarna w Legnicy. W przyszłym roku chcemy otworzyć co najmniej sześć nowych punktów. Będzie to m.in. lokal w Atrium City w Warszawie, ale pojawimy się też we Wrocławiu, Płocku, Koszalinie, Bielsku-Białej, Częstochowie i Słupsku - mówi Jasmin Soljanin. - Nie bez znaczenia jest rozwój spożycia kawy poza domem - czyli w kawiarniach, barach kawowych, restauracjach i miejscach pracy, co wpływa na podniesienie kultury picia kawy, ale również coraz wyższe oczekiwania przeciętnego Polaka. Wszystko to wskazuje, że segment premium będzie się dynamicznie rozwijał - podkreśla Krzysztof Klimczak ze Strauss Cafe Poland. |
Sto kilometrów od Pałacu Kultury link: http://www.rnw.com.pl/use...?articleId=3961 Ożywienie na rynku mieszkaniowym nie ogranicza się tylko Warszawy, zaczynają je odczuwać również mieszkańcy mniejszych miast. Postanowiliśmy więc przyjrzeć się rynkom budowlanym w wybranych miastach Polski, położonych w promieniu 100 km od stolicy Radom, na skrzyżowaniu biznesowych arterii Po latach zastoju, liczące ponad dwieście tysięcy mieszkańców, miasto Radom stało się atrakcyjnym miejscem dla spółek deweloperskich, co owocuje większą liczbą budów i bogatszą ofertą nowych mieszkań. Radom jest atrakcyjnym miejscem do inwestowania - przede wszystkim leży na skrzyżowaniu trzech arterii drogowych: międzynarodowych tras E7 Gdańsk-Warszawa-Kraków-Czechy (przyszła droga ekspresowa S7) i E371 Radom-Rzeszów-Słowacja oraz trasy nr 12 leżącej na szlaku Berlin-Kijów (przyszła droga ekspresowa S12). Dodatkowo miasto posiada lotnisko o dobrych parametrach technicznych, gdzie planuje się uruchomienie regularnej komunikacji pasażerskiej oraz terminala Cargo. Tylko w ubiegłym roku stawki za metr kwadratowy w Radomiu poszły w górę o ok. 1000 zł, obecnie deweloperzy czy spółdzielnie mieszkaniowe żądają za nowe lokale po 2400-3500 zł. Jednak na spadek cen nie ma co liczyć. Jedna z radomskich gazet donosi, że „w agencjach nieruchomości nie zamykają się drzwi. Kto żyw, kupuje, bo wszyscy spodziewają się, że będzie jeszcze drożej...” . Co prawda stawki są trzykrotnie niższe niż na warszawskim rynku, ale jeśli spełnią się zapowiedzi pośredników, ten dystans wkrótce powinien się zmniejszyć. Tym bardziej, że chętnych do kupowania nie brakuje. – Potrzeby mieszkaniowe w Radomiu są na tyle duże, że wybudowanie kilku osiedli takich, jakie teraz budujemy, nie pokryje obecnego popytu – mówi Krzysztof Wall, wiceprezes Spółdzielni Mieszkaniowej Merkury. Niewykluczone, że w przyszłym roku o tej porze ceny będą rozpoczynać się od 3500 zł za metr kwadratowy. Spółdzielnia Mieszkaniowa Łucznik, która buduje blok mieszkalny przy ul. Paderewskiego, ma już nabywców na wszystkie lokale, a kilkadziesiąt osób zapisało się na listę rezerwową. Kolejne budynki powstają dopiero na deskach kreślarskich i są już niemalże wszystkie sprzedane (podobnie tutaj została utworzona lista rezerwowa). Firma PeWel niedawno sprzedała ostanie mieszkanie w budynku mieszkalnym przy ulicy Batorego. Teraz przyjmuje zapisy na mieszkania w apartamentowcu "Leśniczówka” przy ulicy Młynarskiej, który jeszcze nie wyszedł z ziemi. Choć cena metra kwadratowego jest wysoka jak na radomskie warunki, bo 3500-4500 zł, to chętnych nie brakuje. Porównywalne ceny proponuje firma deweloperska Intersol, budująca bloki mieszkalne przy ul. Paderewskiego. I tutaj niemal wszystkie mieszkania mają już swoich właścicieli. Ten sam deweloper buduje również na uboczu miasta osiedle domów jednorodzinnych w zabudowie szeregowej, gdzie ostatnie cztery domy czekają na przyszłych mieszkańców - ceny kształtują się w granicach 380 000-410 000 zł. Firma deweloperska ProDom koncentruje się na budowie obiektów o charakterze mieszkaniowo-komercyjnym usytuowanych w ścisłym centrum Radomia. – Obecnie prowadzimy prace wykończeniowe budynku przy ul. Malczewskiego, gdzie na parterze mieści się kilka lokali handlowych, na pierwszym piętrze lokale biurowe, pozostałe to mieszkania. Budynek zostanie oddany na przełomie sierpnia-września tego roku. – mówi Robert Gędaj, współwłaściciel firmy. Tutaj również wszystkie mieszkania mają już swoich najemców. – W najbliższym czasie rozpoczniemy przygotowania do kolejnej inwestycji, także w ścisłym centrum, gdzie powstanie obiekt mieszkalno-usługowy o wysokim standardzie. Jednakże nie rozpoczęliśmy jeszcze sprzedaży, ani tzw. „rezerwacji” mieszkań – zapowiedział Robert Gędaj. Niewątpliwie największym przedsięwzięciem inwestycyjnym w samym sercu miasta będzie budowa Słonecznego Centrum, którego inwestorem jest amerykańska firma deweloperska AIG Lincoln. Koncepcja zakłada stworzenie budynków wielorodzinnych liczących od 4 do 8 kondygnacji, aquaparku z lodowiskiem i amfiteatrem, parku rekreacyjnego oraz galerii handlowo-usługowo-rozrywkowej. Prawdopodobnie prace budowlane ruszą w październiku 2007 r. Wiadomo już, że inwestycja będzie podzielona na kilka etapów. Jej realizacja potrwa cztery lata. Płock, nadwiślańska perła Mazowsza Współczesny, liczący blisko 130 tysięcy mieszkańców Płock to potężny ośrodek gospodarczy z dużym potencjałem przemysłowym, wykwalifikowaną kadrą i rozwiniętym rynkiem biznesowym,. Niezwykle korzystne warunki rozwoju dla miasta stwarza obecność największej korporacji w Europie Środkowej przemysłu naftowego PKN Orlen, który tu ma swoją główną siedzibę. Niewątpliwie Płock jest miastem o dobrych perspektywach rozwojowych. Z myślą o mieszkańcach i inwestorach systematycznie rozbudowywana jest infrastruktura oraz tworzone są plany zagospodarowania przestrzennego. Wydatki inwestycyjne miasta, w przeliczeniu na jednego mieszkańca, należą do najwyższych w Polsce, a średni dochód na jednego mieszkańca wynosi powyżej 3000 zł. Jeśli idzie o położenie miasta, płocczanie mówią, że „stąd jest wszędzie blisko”, ponieważ leży w samym sercu Polski, a w pobliżu przebiegają ważne szlaki komunikacyjne (miasto leży w pobliżu dróg krajowych, głównego węzła kolejowego w Kutnie oraz lotnisk). Podobnie jak w innych miastach, mimo systematycznie rosnących cen, boom mieszkaniowy trwa. Spółdzielnie mieszkaniowe, deweloperzy, agencje nieruchomości nie narzekają na brak zainteresowania. Skutkiem mieszkaniowego głodu jest niemalże stuprocentowy brak wolnych lokali, Obecnie sprzedawane są mieszkania, których budowa zakończy się w 2008 r. Chętni na kupno własnych czterech kątów muszą się liczyć z kosztami rzędu 2600-4000 zł za metr kwadratowy. Klient zainteresowany kupnem własnego lokum może skierować kroki do prężnie działających spółdzielni mieszkaniowych (m.in. Mazowiecka SM, Chemik SM, SM Budowlani) bądź do lokalnych deweloperów, jakimi są PIK czy Amabud. – Odczuwalny jest dość spory ruch na rynku mieszkaniowym. Na chwilę obecną zostało jedynie kilka lokali w drugim budynku, który stawiamy przy ul. Strzeleckiej; zostanie on oddany do użytku w 2009 r. Pierwszy budynek został już w całości sprzedany, a mieszkańcy będą mogli się wprowadzić w połowie 2008 r. – mówi inżynier Danuta Patora z firmy PIK. Obecnie firma posiada w swej ofercie mieszkania w budynku przy ul. Jachowicza – tutaj z kolei przyszli lokatorzy będą mogli wprowadzić się pod koniec przyszłego roku. Drugi deweloper, Amabud, może zaoferować klientom mieszkania, które będą oddane do użytku w 2008 r., natomiast te, których budowa zostanie zakończona w tym roku, mają już swoich nabywców. – W płockiej dzielnicy Podolszyce, gdzie realizujemy inwestycję, na którą składają się dwa obiekty mieszkalne, pozostały tylko cztery mieszkania dwupoziomowe z budynku przy ul. Armii Krajowej 76 o powierzchni powyżej 100 m kw. Ponadto trwają prace budowlane na osiedlu Wyszogrodzka, gdzie powstaną domy w zabudowie szeregowej;– mówi Eugeniusz Adamiak, wiceprezes firmy. Graczem na płockim rynku mieszkaniowym jest również Miejski Zakład Gospodarki Mieszkaniowej TBS, lecz niestety spółka nie posiada obecnie wolnych mieszkań. Istnieją plany dotyczące budowy bloku przy ul. Kochanowskiego w centrum miasta oraz osiedla apartamentowców na Podolszycach Pd. Jednakże ceny nie są jeszcze ustalone w związku z tym nie ma możliwości rezerwacji lokali. Siedlce, na trakcie z Paryża do Moskwy We wschodniej części województwa mazowieckiego, na międzynarodowym szlaku biegnącym z Paryża, przez Berlin, Warszawę do Moskwy, w odległości 90 km od stolicy leżą liczące ponad siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców Siedlce. Wśród zalet gospodarki miasta najważniejsze to duże zróżnicowanie firm pod względem wielkości i branż, wysoki odsetek przedsiębiorstw prywatnych i ich elastyczność w dostosowywaniu się do wymagań rynku. Rozwój infrastruktury technicznej stymuluje rozwój ekonomiczny. Wybudowanie autostrady Świecko-Terespol, która ma biec przez południowy fragment miasta, będzie kolejnym impulsem dla jego rozwoju. „Szybka kolej”, która będzie przebiegała przez Siedlce otworzy nowe perspektywy dla podejmowania działalności gospodarczej. Położenie w pobliżu przecięcia dwóch planowanych autostrad (północ-południe i wschód-zachód) stwarza dogodne warunki dla utworzenia w mieście centrum logistycznego dla wschodniej części kraju. Siedlce dołączają do szerokiego grona miast opanowanych gorączką inwestycyjną. Na terenie miasta funkcjonują jedynie trzy firmy deweloperskie i wręcz nie nadążają za wygłodniałymi klientami, pukającymi każdego dnia do ich drzwi. Mieszkańcy mówią, że ceny oszalały, ale i to nie staje się żadną poprzeczką. – Mieszkania rzeczywiście sprzedają się bardzo szybko – przyznaje Zdzisław Skorupka, właściciel Przedsiębiorstwa Budownictwa Mieszkaniowego M3. – Możemy mówić o prawdziwym boomie mieszkaniowym. Przykładowo, liczące 32 domy osiedle przy ul. Leśnej sprzedaliśmy jeszcze przed rozpoczęciem budowy. Podobnie jest z bieżącą inwestycją, Nowy Świat na ul. Żytniej... Budowa rozpocznie się w lipcu tego roku, a oddanie obiektów do użytku nastąpi latem 2009 roku. Tutaj dwa pierwsze budynki są już sprzedane, natomiast sprzedaż kolejnego rozpocznie się jesienią tego roku. Zainteresowanie jest ogromne, o czym świadczy liczba zapisów na tzw. listę „rezerwacyjną” - 70 osób. – mówi Zdzisław Skorupka. Metr kwadratowy tamtejszych mieszkań kosztuje w granicach 3200-3800 zł. Drugą firmą deweloperską, działającą równie prężnie na terenie miasta, jest Konstanty Strus. Ceny kształtują się podobnie (3300-3800/m. kw.), a inwestycje, które zostaną oddane do użytku jeszcze roku, mają już swoich właścicieli. Planowana jest budowa budynku mieszkalnego przy ul. Wyszyńskiego, tutaj każdy z lokali jest już zarezerwowany. Obecnie w sprzedaży są mieszkania z Osiedla Rynkowego, obiekt zostanie oddany do użytku w trzecim kwartale 2009 r. Ponadto siedlczanie mogą skorzystać z oferty lokalnej firmy Budomatex, która posiada w mieszkania w bloku przy ul. Wyszyńskiego. Zakończenie inwestycji przewiduje się na trzeci kwartał 2008 r. Ostrołęka, na skraju Puszczy Zielonej Ostrołęka leży w północno-wschodniej Polsce. Graniczy z południa z obszarem aglomeracji warszawskiej, dla której jest naturalnym zapleczem. Miasto mieści się w zbliżonej odległości od najważniejszych miast sąsiednich regionów; do Warszawy, Olsztyna, Białegostoku jest ok. 120 km. Miasto liczy ponad 50 tys. mieszkańców. Warto wiedzieć, że Ostrołęka wraz z całym regionem jest jednym z najlepiej zachowanych środowiskiem naturalnym w Polsce. Rynek mieszkaniowy w Ostrołęce był przez wiele lat niemal martwy. Gorączka budowlana ta dotarła dopiero teraz. Potrzeby mieszkaniowe starają się zaspokoić dwaj deweloperzy - z Rzekunia oraz z Łomży. Ten pierwszy - Agromasz - zaczął budowę mieszkań przy obwodnicy – docelowo ma ich powstać ok. 150 a cena za metr kwadratowy wynosi 2800-3300 zł. 60-70 mieszkań w 2-3 blokach zamierza wybudować firma deweloperska z Łomży, Inwestbud. Budynki mają powstać przy ul. Steyera. Inwestor zapewnia, że nowi mieszkańcy będą mogli wprowadzić się w połowie 2009 r. Ze względu na panujące cenowe materiałów budowlanych i niewielkie perspektywy, że tendencja wzrostu cen się nie zatrzyma, inwestor nie podaje jeszcze cen metra kwadratowego. Wiosną, przyszłego roku, równocześnie z rozpoczęciem budowy, rozpoczną się poszukiwania klientów. Bloki z mieszkaniami pod wynajem stawia w Al. Jana Pawła II Ostrołęckie Towarzystwo Budownictwa Społecznego. Mieszkańcy, płacąc 2100 zł za metr kwadratowy, będą mogli odebrać klucze od swych mieszkań w sierpniu 2008 r. Spółka informuje, że trwają prace przygotowawcze do kolejnej inwestycji, której budowa miałby rozpocząć się pod koniec przyszłego roku bądź na początku roku 2009. Kozienice, emerytura na letnisku W znacznie mniejszych miastach typu Skierniewice, Ciechanów, Pułtusk, Białobrzegi Kozienice czy Węgrów, nowe inwestycje i deweloperzy pojawiają się rzadko. Ciekawa jest sytuacja w Kozienicach, gdzie na ul. Akacjowej powstaje już inwestycja stołecznej firmy Dolcan, ( 9 tys. p.u.m , ceny w granicach 5 tys zł m. kw.). Stosunkowo niewielka odległość do stolicy (ok. 100 km) znakomite położenie wśród lasów puszczy kozienickiej, w bliskości wielu atrakcyjnych miejscowości letniskowych sprawia, że ta lokalizacja - zdaniem inwestora - może zainteresować również mieszkańców Warszawy, których nie stać na mieszkania w cenie 8 czy 10 tys. za metr kw. Tu mogą kupić mieszkanie o połowę tańsze i spędzać czas na emeryturze w ekologicznej, spokojnej okolicy i przyjaznym mieście. W ten sposób myśli o swojej przyszłości coraz więcej starszych warszawiaków. Brak oferty nowego budownictwa mieszkaniowego we wspomnianych wyżej miejscowościach rekompensuje rynek wtórny. Zainteresowanie, przy ciągłym wzroście cen, jest ogromne, a ofert często brakuje. Praktycznie każdy lokal o przyzwoitym standardzie - w nowym budownictwie, czy to w starej wielkiej płycie - kupowany jest natychmiast. Najbardziej poszukiwane są kawalerki (35 m kw.) oraz mieszkania do 50 m kw. Ceny kształtują się na poziomie 3- 4 tys., a wśród mieszkańców tych ciągle aktualne jest hasło: „Kupujmy mieszkania, jutro będzie drożej.” Autor: Elżbieta Lachowicz Źródło:Rynek Nieruchomości Warszawskich |
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> <><><><><><><><><><> Policyjny Serwis Informacyjny : ![]() ![]() ![]() <><><><><><><><><><> <><><><><><><><><><> Aferą w generała Szwajcowskiego Czy obecny wiceszef policji w 2001 roku ukrył aferę korupcyjną? Dlaczego odpuścił sobie śledztwo, w którym dowód miał podany na tacy? Czy doprowadził do tego, że wysoko postawiony urzędnik uniknął kary za łapówkarstwo? - pyta dziennik "Polska". Kazimierz Szwajcowski, ówczesny szef katowickiego CBŚ, dzisiaj nie chce komentować tej sprawy. Jego zwierzchnicy z MSWiA również milczą. Jest rok 2001. Do Szwajcowskiego przychodzi przedsiębiorca Wiesław Durbas. Twierdzi, że Marek K., dyrektor wydziału inwestycji Będzińskiego Zakładu Elektroenergetycznego, żąda od niego łapówki, kilkudziesięciu tysięcy złotych. Firma Durbasa ma wykonać wart kilkanaście milionów złotych remont w zakładzie - modernizację dystrybutora. Durbas chce podwyższyć koszt robót, pertraktuje z Markiem K., ale ten stawia warunek - Durbas musi podzielić się dodatkowymi pieniędzmi z nim i z osobami z zarządu firmy. Za zwiększenie wartości wykonanych prac o 400 tys. zł Durbas ma dać w łapę 15 proc., czyli 60 tys. zł. Sprawę opisał dziennik "Polska" Chciał dać, ale nie miał z czego - Wcześniej już dawałem K. łapówki, ale tym razem nie miałem z czego. Ledwo wiązałem koniec z końcem - przyznaje Durbas, który chciał przystać na propozycję. Nie wiedząc, co ma zrobić idzie więc do Szwajcowskiego, zastępcy szefa katowickiego CBŚ, swojego znajomego jeszcze z czasów szkolnych. Ten z początku chętny do pomocy z czasem się z niej wycofuje - twierdzi "Polska". - Z początku proponował nawet przeprowadzenie prowokacji ze znaczonymi pieniędzmi z kasy CBŚ - wspomina dziś Durbas. Co się stało z dowodem? Szwajcowski, słysząc opowieść Durbasa o żądaniu łapówki, daje mu stary dyktafon, na którym później zostały nagrane żądania łapówki. Jest dowód. Korupcyjna propozycja została udokumentowana. Dochodzi do niej 30 maja 2001 roku w kawiarni Dolce Vita w Sosnowcu. Na spotkanie z K., Durbas idzie sam, bez policyjnej obstawy. Kaseta z nagraniem trafia do prokuratury. Jednak Szwajcowski umywa ręce. Według Durbasa, nie zrobił nic. Dlaczego? Nie wiadomo. Czy świadomie zaniechał swoich obowiązków? Dlaczego nie wykorzystał dowodów, które dostarczył mu Durbas? To tylko niektóre pytania, które cisną się na usta przyglądając się bliżej tej sprawie. Dziwne zbiegi okoliczności Sprawa trafia do prokuratury. Jednak od początku śledztwo idzie jak po grudzie. W końcu zostaje umorzone pod koniec 2001 roku. Zirytowany Durbas zwraca się do prawników posła Zbigniewa Wassermanna (PiS). Po interwencji postępowanie znów rusza. Prokuratura oskarża Marka K., zaczyna się proces. Kaseta z nagraniem korupcyjnej propozycji trafia do Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Biegli uznają nagranie za autentyczne, spisują treść rozmowy z żądaniem łapówki. W 2006 roku okazuje się, że... kaseta została rozmagnesowana. Nie wiadomo, kto i gdzie to zrobił. Sprawa zostaje umorzona a dyrektor, który miał żądać łapówki uniewinniony. Jak doszło do zniszczenia kasety? To kolejna zagadka. Zadziwiające jest to, że sąd nie wziął nawet pod uwagę protokołu z odsłuchania nagrania. Sześć lat później sprawą zaniedbań w CBŚ i policji zainteresowano się, jednak nie na długo. Po wstępnym dochodzeniu umorzono sprawę z powodu przedawnienia. Policja nie dopełniła obowiązków - W tym przypadku trudno mówić o jakimkolwiek śledztwie. Policja nie dopełniła obowiązków, a powinna zebrać jak najwięcej dowodów, wystąpić o podsłuch podejrzanych, śledzić ich - krytykuje działania katowickiej policji prof. Paweł Kamiński, były wiceprezes Transparency International. Natomiast według Durbasa, sprawa jest prostsza. Kiedy okazało się, że syn dyrektora żądającego łapówki, to znana persona, związana blisko z osobą prof. Leszka Balcerowicza, wtedy były szef CBŚ, umywa ręce. - Podczas rozmowy ze mną zorientował się, że Marek K. to ojciec Jakuba K., który wtedy w rządzie był ważną postacią. Jakby uszło z niego powietrze - wspomina Durbas. Jakub K. był doradcą Leszka Balcerowicza, ówczesnego ministra finansów. Sąd popełnił błąd? Sąd popełnił ewidentny błąd - uważają karniści. - Skoro nagranie zostało odtworzone i zaprotokołowane, to umorzenie jest absurdem - mówi dziennikowi "Polska" prof. Piotr Kruszyński, karnista z Uniwersytetu Warszawskiego. Durbas uważa siebie za jedyną ofiarę. - Jako jedyny przegrałem w tej sprawie - żali się. Jednak zaszokowany takim zakończeniem sprawy poseł Wassermann deklaruje pomoc. - Bezczynność organów ścigania w tej sprawie jest naganna. Obiecuję, że przyjrzę się zaniedbaniom policji - mówi poseł PiS. Marek K. jest teraz przewodniczącym Rady Nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Będzinie. Jego telefon nie odpowiada. Łukasz Krajewski Polska The Times <><><><><><><><><><><><> Wiceminister MSWiA występuje w sieci jako "Mały Rycerz" Mały Rycerz - pod takim pseudonimem pojawił się na Internetowym Forum Policyjnym gen. Adam Rapacki, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji odpowiedzialny za służby mundurowe - dowiedział się serwis internetowy tvp.info. Rapacki chce w ten sposób dotrzeć do policyjnych "dołów". Jak mówi, dzięki informacjom z sieci zamierza interweniować w sprawach, które leżą na sercu zwykłym policjantom. Twórca Centralnego Biura Śledczego jest pierwszym ministrem, który zdecydował się wykorzystać internet do kontaktu z podległymi mu funkcjonariuszami. Tą drogą będę chciał mówić o rzeczach ważnych i tłumaczyć niedomówienia. Tym bardziej, że decyzje podejmowane na górze przechodzą przez tak wiele szczebli, że często na "dół" docierają już przeinaczone - tłumaczy serwisowi internetowemu tvp.info minister Rapacki. Generał przyznaje, że odpowiedzi na swoje wpisy czyta wyrywkowo, ale zlecił kilku osobom wyłapywanie wszystkich ważnych kwestii. Na policyjnym forum można się dowiedzieć, co jest ważne dla zwykłych funkcjonariuszy, choć nie brakuje tam pyskówek, jak to ma miejsce na prawie każdym forum internetowym - mówi gen. Rapacki. Większość policjantów, korzystających z forum uważa, że pomysł Rapackiego jest dobry. Mamy nadzieję, że nie będzie to tylko forma promocji. Rapacki nadal uważany jest za "swojego", ponieważ był jednym z nas i zna specyfikę pracy w firmie - mówi jeden z policjantów. Rapacki zapowiada, że rozpatrzy wszystkie racjonalne pomysły przedstawiane przez funkcjonariuszy na internetowym forum. Rafał Pasztelański 2008-08-29 Wiadomość wydrukowana ze stron: wiadomosci.wp.pl (tvp.info) <><><><><:>><<<<>>>> Jędrek Matejuk - nowy kierownik nieudolnych , niewydolnych ... ![]() Mierny , bierny ale wierny , czyli kumpel Adama Rapackiego nowym kierownikiem nieudolnych i niewydolnych . Wymuszona emerytura komendanta policji Karolina Łagowska 2007-04-16, ostatnia aktualizacja 2007-04-16 20:49:38.0 Generał Andrzej Matejuk, komendant dolnośląskiej policji, odchodzi ze stanowiska. Oficjalna wersja: sam poprosił o emeryturę. Według naszych informacji mógł być do tego zmuszonyKomendant główny Konrad Kornatowski zapewnia, że Matejuk sam zdecydował o odejściu: - Komendant w ub. tygodniu umówił się ze mną na poniedziałek na rozmowę. W jej trakcie powiedział, że chce odejść na emeryturę z dniem 15 maja. Przychyliłem się do jego prośby i skierowałem wniosek do ministra, bo to on podejmie ostateczną decyzję. W Komendzie Wojewódzkiej nikt nie wierzy w taka wersję. - Emerytura? Dziwne. Jeszcze w ubiegłym tygodniu komendant snuł plany na przyszłość. Myślał o zmianach kadrowych. Nic nie wskazywało, że chce odejść. W piątek wspomniał, że wezwano go do Warszawy. A tam po prostu kazali mu złożyć raport. Sam Matejuk milczy. Policjanci, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że informacje o dymisji komendanta docierały do nich od co najmniej pół roku. Powody, dla których miał stracić stanowisko, podawano różne. Według jednych Matejuka chciano zdymisjonować, żeby dać jego stanowisko komuś innemu; według innych Komenda Główna miała dość wpadek jego podwładnych. Bo nikt w Warszawie już tam nie pamięta, że w 2003 roku dolnośląska policja zwyciężyła w rankingu tygodnika "Wprost". Natomiast ostatnio ma ona złą prasę. - Fatalna seria zaczęła się w 2005 roku, gdy ujawniono, że policjanci z Komisariatu Policji Psie Pole Osiedle urządzali orgie z młodą kobietą. A jeden z nich robił jej nawet zdjęcia ze służbowym pistoletem. - Rok później kolejny skandal - CBŚ złapał jadącego samochodem po pijanemu komendanta komisariatu Wrocław Grabiszynek. Do tego w towarzystwie mężczyzny poszukiwanego listem gończym za udział w aferze korupcyjnej, której tropy prowadziły do wrocławskiej policji. - Jeszcze większy skandal wybuchł, gdy okazało się, że pijany komendant nie został ukarany, tylko po cichu odesłany na emeryturę przez komendanta miejskiego Wiesława Pałaszewskiego. Pałaszewski stracił za to stanowisko. - W ostatnich tygodniach było jeszcze gorzej. W pierwszy dzień wiosny policja bezradnie przyglądała się manifestacji na Rynku, podczas której aktywiści NOP wykrzykiwali rasistowskie hasła i nieśli transparenty z zabronionymi prawem hasłami. Uzbrojeni po zęby policjanci wypchnęli natomiast z Rynku antyfaszystów, którzy protestowali przeciwko rasizmowi. Relacje z tego wydarzenia przytaczały europejskie media. - Tydzień temu z jednego z wrocławskich szpitali uciekło dwóch wychowanków poprawczaka dla lekko upośledzonych, których pilnowało aż sześciu policjantów. Jednego z uciekinierów funkcjonariusze szukają do dziś. - Czarę goryczy mogły przelać ujawnione przez nas wyniki badań opinii publicznej zlecone przez Komendę Główną, z których wynika, że Dolnoślązacy najgorzej w Polsce oceniają swoja policję. Konrad Kornatowski nie wie jeszcze, kto zostanie nowym komendantem wojewódzkim. - Nieważne, skąd będzie człowiek, ważne, żeby Komenda Wojewódzka funkcjonowała prawidłowo, a obywatele czyli się bezpieczni - mówi.Kariera Matejuka Andrzej Matejuk komendantem dolnośląskiej policji był od siedmiu lat. Wcześniej kierował Komendą Miejską, a jeszcze wcześniej Komendą Rejonową na Krzykach. Karierę zawdzięcza Adamowi Rapackiemu, poprzedniemu komendantowi dolnośląskiemu. Kiedy Rapacki odszedł na stanowisko zastępcy komendanta głównego, zastąpił go Matejuk. Gdy do władzy doszedł SLD, ambicję zastąpienia Matejuka miał powiązany z lewica Zdzisław Kogut. Ostatecznie Matejuk przetrwał, a Kogut przez kilka lat był jego zastępcą. W IV RP Matejuk jako jeden z nielicznych tak długo utrzymał się na stanowisku. Wczoraj razem z nim na emeryturę zdecydował się przejść również komendant wojewódzki w Białymstoku Adam Mularz. Odwołany został też szef gdańskiej policji . Karolina Łagowska Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA <<><><><>>><<<><><><<>> <<><><><>>><<<><><><<>> <<><><><>>><<<><><><<>> Prokurator domaga się kary dla Hebdy Jacek Brzuszkiewicz 2008-04-27, ostatnia aktualizacja 2008-04-27 21:25:00.0 Tysiąc złotych grzywny za przywłaszczenie ładowarki do telefonu komórkowego zażądał prokurator dla byłego komendanta wojewódzkiego lubelskiej policji, generała Marka Hebdy Hebda wystąpił we wtorek przed sądem bez adwokata. Oświadczył, że jest niewinny. Wcześniej w wywiadach prasowych przez cały czas utrzymywał, że element ładowarki wrzucił sobie do kieszeni przez przypadek. Sąd Rejonowy w Nowym Sączu wyda w jego sprawie wyrok w następny wtorek, 21 listopada, o godzinie 8.30. W styczniu tego roku Hebda, kilka dni przed przejściem na emeryturę, kupił ładowarkę za 29 zł w nowosądeckim hipermarkecie Real. Dwa dni później ponownie zjawił się na stoisku z akcesoriami do telefonów komórkowych. W pewnej chwili, według ustaleń prokuratury, wyjął z opakowania uchwyt do ładowarki i schował go do kieszeni. Przy kasie zań nie zapłacił. A ponieważ już wcześniej wzbudził zainteresowanie ochroniarzy, zatrzymali go. Oprócz ich zeznań, koronnym dowodem w sprawie było nagranie, które uwieczniła jedna ze sklepowych kamer. Niezależnie od tego, śledczy zwrócili się do biegłych, by na podstawie zapisu z archiwum określili, co Hebda wkłada do kieszeni. Nie byli oni w stanie tego zrobić, bo uchwyt do ładowarki jest bardzo mały. Mimo to prokuratura, na podstawie między innymi zeznań sklepowych ochroniarzy, podjęła decyzję o skierowaniu do sądu wniosku o ukaranie Hebdy. Wczoraj nowosądecki sąd zapoznał się z zapisem na kasecie VHS i obejrzał zdjęcia zrobione Hebdzie w Realu przez telewizję przemysłową. - Nie mamy wątpliwości co do tego, że oskarżony przywłaszczył sobie element ładowarki do telefonu komórkowego. W związku z tym wystąpiliśmy o ukaranie pana generała - powiedział wczoraj "Gazecie" Waldemar Kriger, zastępca szefa Prokuratury Rejonowej w Nowym Sączu. Czym Hebda zasłynął w Lublinie Od sierpnia 2002 r. do kwietnia 2005 r. był komendantem wojewódzkim lubelskiej policji. Zasłynął m.in. z wprowadzania w garnizonie dyscypliny. Policjanci przyłapani na jeździe po pijanemu i za udział w gangu stłuczkowym byli natychmiast zwalniani ze służby. Wiosną 2005 r. awansował na zastępcę komendanta głównego, ale był nim tylko siedem miesięcy. W listopadzie zeszłego roku, po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości, został odwołany przez nowego komendanta głównego Marka Bieńkowskiego, a na początku lutego przeszedł na emeryturę. Jacek Brzuszkiewicz Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA <<><><><>>><<<><><><<>> <><><><><><M><><><><>> >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> Remont wejścia do gmachu MSWiA za ćwierć miliona złotych Nowe wejście do budynku za ponad 250 tysięcy złotych - taką kwotę zamierza wydać resort spraw wewnętrznych na remont wejścia w swoim głównym gmachu. Będą między innymi nowe, podgrzewane schody, odnowione dwie kolumny, a także odświeżone zadaszenie nad schodami. Ten remont wynika z planów podjętych jeszcze za kadencji Ludwika Dorna. To uzupełnienie nowoczesnej recepcji ministerstwa. Dyrektor generalny, Robert Bartold przekonuje, że nie są to jednak żadne luksusy, a kierowano się wyłącznie względami bezpieczeństwa – chociażby przy instalacji podgrzewającej schody.Zdarzały się już wypadki. Ostatni wypadek miał miejsce chyba w styczniu. Osoba poszkodowana doznała 2-procentowego uszczerbku na zdrowiu - tłumaczy. Poza tym według Bartolda obecny remont to inwestowanie w dobro wspólne i państwo na tym nie straci. To są budynki, które dziś są używane przez ministerstwo, ale w przyszłości mogą być użytkowane przez inne podmioty w administracji. W ostateczności mogą być sprzedane i sprywatyzowane - wyjaśnił.Przeprowadzany remont zamiast konieczną inwestycją okazuje się być zbytkiem. Pochłonie ćwierć miliona złotych. Same schody kosztować będą 78 tysięcy zł. Schodków jest siedem, więc każdy za ponad 11 tysięcy. Pn, 2007-10-08 Rmf >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> Zobacz, gdzie myją się policjanci Marek Mamoń 2007-04-23, ostatnia aktualizacja 2007-04-23 19:52:53.0 - Czy w komendzie musi wybuchnąć epidemia, by ktoś zareagował na ten syf w toaletach? - pytają policjanci z komendy miejskiej w Częstochowie. Piwnice gmachu przy ul. ks. Popiełuszki. Tu policjanci ze służb patrolowych, drogówki i funkcjonariusze z I komisariatu mają swoje pomieszczenia socjalne. W ubiegłym roku rozpoczął się remont toalet w piwnicach, ale - jak mówią policjanci - robotnicy zdążyli wymienić część rur i kilka miesięcy temu zniknęli. Na pamiątkę zostawili wiadro po farbie i paletę po cemencie. - Kilka dni temu na patrolu goniłem przestępcę, leżałem w błocie. Wróciłem do komendy cały brudny. Nie miałem gdzie oczyścić munduru, umyć się. Do domu wracałem ubłocony, wstyd mi było jak cholera - irytuje się policjant ze służby patrolowej. Jego kolega też mówi o brudzie i smrodzie: - Po ośmiu godzinach na ulicy człowiek musi myć się w wiadrze z zimną wodą. Na każdej zmianie w piwnicy przebiera się ze stu chłopa. - Tyle się mówi o zagrożeniach, chociażby sepsą. Czy w naszej komendzie musi jakaś epidemia wybuchnąć, by ktoś zareagował na ten syf? - pytają funkcjonariusze. - Przełożeni reagują na nasze skargi ironicznymi uśmieszkami albo wzruszeniem ramion - dopowiada inny. Policjanci twierdzą, że od miesięcy nie mogą się doprosić odpowiedzi, kiedy i czy w ogóle z łazienek przy ich szatni da się korzystać. - Nie możecie korzystać z sanitariatów na innych piętrach? - pytamy. - A co by pan powiedział, gdyby w komendzie musiał oglądać gliniarza biegającego po korytarzu w majtkach lub podkoszulku? Policjanci podkreślają też, że ich skargi to nie atak na nowego komendanta - on z tą sprawą nie ma nic wspólnego, ale trudno dalej dbać o higienę w takich warunkach.Jak ustaliliśmy, remont sanitariatów w piwnicach komendy miejskiej to element "przystosowywania gmachu KMP do potrzeb osób niepełnosprawnych", obejmujący m.in. budowę schodów (będą podgrzewane) zewnętrznych z podnośnikiem dla niepełnosprawnych, nowego zadaszenia nad schodami i punktu przyjęć interesantów. W hallu głównym zamontowano już nowe windy, wyremontowano też sanitariaty. - Modernizacja planu pozwoliła na wygospodarowanie pieniędzy na remont zaplecza sanitarnego dla policjantów. Została zrobiona nowa instalacja wodno-kanalizacyjna. Po przerwie technologicznej prace zostaną wznowione już za kilka dni. Planowany jest remont sanitariatów, zamontowanie nowych kabin prysznicowych. Termin zakończenia prac planowany jest na czerwiec - mówi nadkom. Joanna Lazar, rzeczniczka KMP. Marek Mamoń Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA http://img341.imageshack.us/img341/3394/komendapolicjicz281stoclq6.jpg http://img368.imageshack.us/img368/5246/komendapolicjicz281stocsd0.jpg <><><><><><><> <<><><><>>><<<><><><<>> Szefowie policji wyłudzają mieszkania od resortu tan 2008-02-23, ostatnia aktualizacja 2008-02-23 23:34:51.0 - Bezdomny - w rubryce "miejsce zamieszkania" wpisują w całym kraju komendanci policji. Dostają mieszkanie z przydziału, przepisują je na kogoś z rodziny i biorą kolejne w ten sam sposób. Miał tak robić nawet Antoni Kowalczyk, były szef polskiej policji - alarmuje "Newsweek" po ujawnieniu wyników swojego śledztwa. Tygodnik pisze, że zrobił tak obecny zastępca komendanta głównego policji, Henryk Tusiński. Tusiński zrobił na tym świetny interes - najpierw w 1999 roku przejął mieszkanie w Wałbrzychu, gdzie był wiceszefem policji. Jak donosi "Newsweek" wykupił je za 20 proc. wartości. Później przepisał lokal na córkę i przeniósł się do Wrocławia, gdzie dostał awans. Tam dostał do dyspozycji piękne, wyremontowane, 72-metrowe mieszkanie. "Newsweek" przypomina, że ustawa o policji zabrania, by funkcjonariusz zajmował jednocześnie dwa mieszkania otrzymane z resortu. To dlatego, komendant Tusiński przepisał mieszkanie na córkę. Według tygodnika nie tylko on miał tak robić - w artykule napisano, że podobnie zrobił również były szef polskiej policji, generał Antoni Kowalczyk. Po przeniesieniu się do Warszawy, podarował córce swoje krakowskie mieszkanie uzyskane z zasobów policji, a za chwilę przyznano mu kolejny 54-metrowy lokal na Mokotowie. Kowalczyk mieszkanie to wykupił za 15 proc. wartości, a po zakończeniu służby wrócił do Krakowa. Warszawski lokal wynajmuje innym do dziś - pisze "Newsweek". Inny przykład to sprawa byłego komendanta wojewódzkiego policji w Krakowie, nadinspektora Andrzeja Woźniaka. Tuż przed swoim odwołaniem na przełomie 2005/2006 otrzymał przydział mieszkania od ówczesnego szefa KGP, Marka Bieńkowskiego. Wystarczyło, że podarował swój dom w Andrychowie córce - pisze "Newsweek". tan Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA <><><><><><><><> <<><><><>>><<<><><><<>> Generalskie kolekcje mieszkań służbowych Przed rokiem, w artykule "Mieszkania generała" przedstawiliśmy niejasne okoliczności otrzymania przez nadinspektora Henryka Tusińskiego dwóch okazałych (po 70 metrów kwadratowych) policyjnych mieszkań w Wałbrzychu i Wrocławiu. Tropem publikacji "Polska Głos Wielkopolski" poszedł "Newsweek". Tygodnik potwierdził nasze ustalenia dotyczące byłego wielkopolskiego komendanta wojewódzkiego, obecnie wiceszefa polskiej policji oraz opisał podobne przypadki. Przydzielanie mieszkań z pominięciem przepisów jest traktowane przez najwyższych funkcjonariuszy policji jako nieformalny przywilej. Ustawa o policji (art. 96.1) wyraźnie mówi,że funkcjonariuszowi przeniesionemu do służby w innej miejscowości, który w poprzednim miejscu pracy posiada mieszkanie może być przydzielony lokal w nowym miejscu tylko wtedy, jeżeli zwolni zajmowane wcześniej mieszkanie. Henryk Tusiński dorobił się tymczasem dwóch - ustaliliśmy.Kiedy został zastępcą dolnośląskiego komendanta miał już od lat duże, 70-metrowe mieszkanie funkcyjne w Wałbrzychu (zamieszkiwał w nim z żoną i dwiema córkami), gdzie wcześniej pracował. Dostał jednak kolejny lokal chociaż nie oddał pierwszego. Wrocławskie pięciopokojowe mieszkanie otrzymał do dyspozycji, a wałbrzyskie lokum wykupił z 80-procentową bonifikatą (zapłacił zaledwie około trzynastu tysięcy złotych). W styczniu 2001 roku podarował je jednej z córek.Z naszych ustaleń i informacji od generała wynika, że ubiegał się o drugie mieszkanie w czasie, gdy jeszcze był posiadaczem tego w Wałbrzychu. Po artykule w dzienniku "Polska Głos Wielkopolski" Biuro Kontroli Komendy Głównej Policji wszczęło postępowanie wyjaśniające. W efekcie naszej publikacji po miesiącu odwołano komendanta z Wrocławia, nadinsp. Andrzeja Matejuka, byłego szefa Tusińskiego, który miał związek z niewłaściwym dysponowaniem dolnośląskich mieszkań policyjnych. Kilkakrotnie wahała się sprawa odejścia komendanta wielkopolskiego. Przed dymisją uratowała go zmiana wiceministra ds. policji. W maju Marka Surmacza zastąpił Zbigniew Rau, bliski współpracownik Tusińskiego.W tym czasie kontrola Komendy Głównej Policji stwierdziła, że generał dostał drugie mieszkanie po podarowaniu pierwszego córce, czyli nie miał równocześnie dwóch mieszkań. Sprawą jednak zajęła się prokuratura w Opolu, która otrzymała (prawdopodobnie od oburzonych policjantów) anonimowe zawiadomienie oparte na naszych publikacjach. W sierpniu po dymisji Janusza Kaczmarka z MSWiA odszedł Rau i w KGP znów zaczęto mówić o sprawie mieszkań poznańskiego komendanta. Wkrótce Tusiński zapowiedział swoje przejście na emeryturę. Uroczyście pożegnał się z policją, lecz wrócił (i wysoko awansował) po zmianie rządów, gdy wiceszefem MSWiA do spraw policji został jego kolega z Dolnego Ślaska, Adam Rapacki. Ostatecznie, po półrocznym zastanawianiu się, prokuratura odmówiła wszczęcia sprawy, chociaż nie sprawdziła wielu istotnych okoliczności. Przede wszystkim nie znaleziono dokumentów związanych z przydziałem dla Tusińskiego lokalu we Wrocławiu.Tymczasem w ostatnich dniach trafiliśmy na kolejne potwierdzenie, że generał miał równocześnie dwa mieszkania. W artykule "Gazety Wrocławskiej" z 16.10.2002 roku rzecznik dolnośląskiej policji, Beata Tobiasz informowała, że "Henryk Tusiński, gdy był zastępcą komendanta wojewódzkiego we Wrocławiu, otrzymał w 2000 roku mieszkanie służbowe przy ul. Połbina". "Polska Głos Wielkopolski" 25 Lut 2008 r <<><><><>>><<<><><><<>> Byli komendanci dostają mieszkania za darmo Ośmiu byłych szefów policji, straży pożarnej i straży granicznej korzysta z dożywotniego prawa użytkowania ekskluzywnych mieszkań służbowych na warszawskich Kabatach. Takie lokum dostał m.in. były szef policji Marek Bieńkowski, ktorego szczyt kariery przypadł na rządy PiS - pisze DZIENNIK. Jak ustalił DZIENNIK przynajmniej kilku z obdarowanych mieszkaniami za swoje dochody mogłoby sobie kupić mieszkania. Trudno pomyśleć, że problem z jego zakupem miałby np. gen. Marek Bieńkowski, prezes spółki Orlen Ochrona, zarabiający kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Szczyt kariery Marka Bieńkowskiego przypadł na rządy PiS. Wówczas awansował z szefa Straży Granicznej na komendanta głównego policji. Teraz odcina kupony. Jest prezesem Orlen Ochrony, jednej ze spółek podległych Orlenowi. Jego zarobki to kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Bez problemu dostałby kredyt na własne mieszkanie. Tylko że ono nie jest Bieńkowskiemu potrzebne. Jako generałowi rezerwy przysługuje mu służbowe mieszkanie. Nie jest to żadna klitka. To 85-metrowy apartament na warszawskich Kabatach. Wyjaśnia, że został mu przyznany zgodnie z przepisami i nie zamierza z niego zrezygnować. "Mieszkam tam z żoną i swoją dorosłą córką" - mówi DZIENNIKOWI. I dodaje: "Nie można czynić mi z tego zarzutów. Otrzymałem je w 1999 roku, nie podnajmuję go ani nie czerpię z niego innych korzyści i cała moja rodzina jest tam zameldowana". Jak nieoficjalnie dowiedział się DZIENNIK, do MSWiA dotarły jednak informacje, że w tym mieszkaniu Bieńkowski praktycznie nie bywa. On sam przyznał nam, że „wynajmuje czasowo mieszkanie w Płocku”, bo tam pracuje. "Ale w Warszawie bywam przynajmniej dwa lub trzy razy w tygodniu" - zapewnia. I Bieńkowskiemu, i innym byłym generałom służb mundurowych mieszkań praktycznie nie można odebrać. Do dziś na Kabatach mieszka ośmiu byłych komendantów: policji, SG i Straży Pożarnej. Za lokale o powierzchni ok. 80 mkw. płacą po ok. 550 zł miesięcznego czynszu. Jeśli dostaną zgodę ministra, mogą wykupić mieszkania. Nie za wartość rynkową, tylko za 5 – 10 proc. ceny. Wśród beneficjentów tego systemu są osoby związane z różnymi opcjami politycznymi. Ostatni komendant policji za rządów SLD Leszek Szreder otrzymał lokal w 2005 r. od Ryszarda Kalisza. Obecny senator PO Zbigniew Meres dostał je od ówczesnego szefa MSWiA Janusza Tomaszewskiego z AWS. Był komendantem straży pożarnej w 1998 roku. "Taka sytuacja jest niewątpliwie niemoralna i powinniśmy z nią skończyć" - komentuje Joachim Brudziński, poseł PiS. "Wydaje się logiczne, że jeśli komendanci nie pełnią już swojej funkcji, powinni zwolnić zajmowane mieszkania służbowe" - wtóruje mu Ireneusz Raś, poseł PO. Zastrzega tylko, że nie można wyrzucać byłych komendantów na bruk. Bez służbowego mieszkania oprócz Bieńkowskiego na pewno mógłby poradzić sobie Meres. Z oświadczenia majątkowego wynika, że jest właścicielem 120-metrowego domu w Piekarach Śląskich o wartości 200 tysięcy zł, 450-metrowej działki o wartości 150 tysięcy, a w 2006 roku zarobił ponad 300 tysięcy zł. Prawie połowa z tego to emerytura. Obecny szef MSWiA zapowiada, że wartych wiele milionów złotych lokali nie wyprzeda. "Myślimy nad zmianą przepisów" - przyznaje rzecznik MSWiA Wioletta Paprocka. MSWiA jest do dziś właścicielem siedmiu budynków, w których mieści się 369 mieszkań. Co roku resort na ich utrzymanie wydaje milion złotych. Radosław Gruca Dziennik.pl 16 Lut 2008 r . <<>><<>><>><><><><><><><>> SERAFITEK - Komisariat wodny rozpada się Inspektor budowlany zabronił wchodzić do komisariatu wodnego przy ulicy Serafitek. - Rysy na ścianach powiększają się, może dojść do katastrofy budowlanej - stwierdził i zamknął jednostkę. Policjanci, którzy wczoraj przyszli do pracy musieli siedzieć w samochodach, zanim dowiedzieli się, co się stało. - Na razie, zostaliśmy na lodzie - mówili. W poniedziałek rozpoczną pracę w pobliskim baraku, do którego i tak mieli się wyprowadzić w najbliższym czasie. Na ten rok zaplanowano bowiem rozbiórkę starego komisariatu i budowę nowego. W specjalnie przystosowanych kontenerach funkcjonariusze mieli "przeczekać" czas prac. Życie nieco zmieniło plany. Szczeliny w murach komisariatu wodnego są tak szerokie, że bez problemu można w nie włożyć dłoń. Przez dziurę w jednej ze ścian hangaru można zobaczyć wnętrze i drzwi znajdujące się naprzeciwko. Na tyłach, dokładnie widać, że obiekt jest pęknięty na pół. Górna część przesunęła się w kierunku Warty o kilka centymetrów. Z murów wystają śruby, komisariat bowiem już kilka lat temu został spięty specjalnymi klamrami, które miały zapobiec rozpadnięciu się budynku. - Nasza siedziba była w okropnym stanie od wielu miesięcy - mówi Andrzej Lebus, komendant komisariatu wodnego w Poznaniu. To jednostka specjalistyczna, podległa bezpośrednio Komendzie Wojewódzkiej Policji w Poznaniu. Piętnastu funkcjonariuszy, którzy są w niej zatrudnieni latem pilnuje bezpieczeństwa na Warcie i jeziorach w całym województwie. Zimą natomiast, sprawdza, czy nic złegonie dzieje się na brzegach lub na lodzie. - Negatywne zmiany zauważyliśmy około pięć lat temu. Konstrukcja zaczęła pękać i osuwać się w kierunku rzeki po tym, jak wody wypłukały podłoże. Decyzja o tym, że stary komisariat nie będzie już remontowany zapadła kilka lat temu. Przez wiele miesięcy brakowało jednak pieniędzy na inwestycje - policjantów nie było gdzie wyprowadzić, a stan rudery fachowcy oceniali jako "stabilny". Nadal więc prowadzono drobne naprawy i modlono się, żeby nie doszło do tragedii. Pomyślna wiadomość nadeszła ponad rok temu. W ramach ustawy o modernizacji policji, wielkopolski garnizon dostał pieniądze na budowy i modernizacje jednostek. Dzięki temu w ubiegłym roku powstała dokumentacja techniczna nowego komisariatu wodnego, na ten rok zaplanowano rozpoczęcie i zakończenie budowy. Głos Wielkopolski 09 Lut 2008 >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> Szef łódzkiej policji traktuje służbowe auto jak taksówkę . Młodszy inspektor Lech Biernat, komendant wojewódzki policji w Łodzi, służbowe auto traktuje jak taksówkę - twierdzą oburzeni policjanci - nasi informatorzy. Swojemu kierowcy kazał się wozić do domu w pow. Nowy Tomyśl (woj. wielkopolskie, około 300 km od Łodzi), a potem mówił, że wykonywał ważne zadania służbowe. Bez czapki - Komendant Biernat polecił naczelnikowi wydziału łączności i informatyki, aby na szkolenie do komendy wojewódzkiej w Poznaniu pilnie skierował specjalistę od monitoringu. Kandydat miał się u niego zameldować w mundurze i pojechać z nim służbowym autem - opowiada wysoki rangą oficer Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. - Radiowóz komendanta nie dotarł jednak do celu. Zatrzymał się na stacji paliw przy autostradzie pod Poznaniem. Lech Biernat kazał aspirantowi wysiąść z samochodu i... polecił kierowcy, aby zawiózł go do domu pod Nowym Tomyślem, gdzie mieszka z rodziną.Aspirant został na drodze tak jak stał, w mundurze, bez czapki. Zdenerwowany zaczął wydzwaniać do komendy policji w Poznaniu, ale tam nikt nie wiedział o szkoleniu. Dopiero dzięki interwencji oficera dyżurnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, wysłano po niego radiowóz, którym został przywieziony do komendy przy ul. Kochanowskiego w Poznaniu.Podinspektor Magdalena Zielińska, rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego policji w Łodzi mówi, że aspirant uczestniczył w ważnym szkoleniu.- Spotkał się z naczelnikiem wydziału łączności i informatyki poznańskiej policji, pogłębił wiedzę z budowy i organizacji monitoringu. Uczestniczył także w pokazie funkcjonowania systemu i zapoznał się z elektroniczną książką służby dyżurnego - wylicza.Podinsp. Andrzej Borowiak, rzecznik prasowy poznańskiej policji, jest jednak bardziej powściągliwy w ujawnianiu spraw rzekomego szkolenia. Nie chce wchodzić w szczegóły: - Zna je naczelnik wydziału łączności i informatyki. Jest jednak nieobecny - tłumaczy. Dodaje, że aspirant z Łodzi jeszcze tego samego dnia, w którym przyjechał do Poznania, został radiowozem odwieziony na autostradę, skąd zabrał go wracający z Nowego Tomyśla kierowca łódzkiego komendanta wojewódzkiego.Tajna misja- Mł. insp. Lech Biernat na terenie Wielkopolski wykonywał zadania służbowe. Uzyskał też zgodę zastępcy komendanta głównego policji na wyjazd samochodem służbowym - zapewnia podinsp. Magdalena Zielińska.Nadkom. Krzysztof Hajdas z biura prasowego Komendy Głównej Policji nie chce potwierdzić tych słów.- To sprawa komendanta wojewódzkiego. Gdyby się jednak okazało, że były nieprawidłowości, będziemy je wyjaśniać - mówi.Funkcjonariusze z komendy policji przy ul. Lutomierskiej, gdzie urzęduje Lech Biernat, są jednak przekonani, że szkolenie w Poznaniu, w którym miał uczestniczyć ich kolega, to lipa.- Lepszy system monitoringu mamy w Komendzie Miejskiej Policji w Łodzi. Poza tym aspirant do poznańskiej komendy dotarł po godz. 14, a funkcjonariusze pracują tam do godz. 16. Chodziło tylko o to, żeby komendant Biernat miał pretekst do wyjazdu samochodem służbowym na weekend - twierdzą.Wczoraj poprosiliśmy przedstawiciela służby prasowej komendanta wojewódzkiego policji w Łodzi o wgląd do dokumentacji szkolenia, w którym miał uczestniczyć aspirant w Poznaniu.- Dokumentacji nie ma, gdyż to był roboczy wyjazd - poinformował nas Arnold Lorenc z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.Nominowany do Złotej PałyMł. insp. Lech Biernat stanowisko komendanta wojewódzkiego policji w Łodzi objął 13 września 2007 roku. W Łodzi mieszka zaledwie kilometr od komendy. Do pracy przywozi go jednak kierowca służbowym samochodem.- Nasz przełożony ma dopiero 40 lat, a zachowuje się jak staruszek - szepczą po kątach jego podwładni na widok swojego szefa wysiadającego z auta.Lech Biernat służbę w policji rozpoczął w 1986 r. Był m.in. komendantem powiatowym w Wolsztynie, zastępcą komendanta wojewódzkiego w Szczecinie i komendantem wojewódzkim w Gorzowie Wielkopolskim.- Pracę w naszej jednostce rozpoczął od wymiany komendantów powiatowych i miejskich - opowiada policjant z komendy w Gorzowie Wlkp. - Zadarł też ze związkami zawodowymi, które nie zgadzały się na zmianę zielonogórskiego komendanta policji. Biernat przeniósł go do Żar, a na jego miejsce wyznaczył kolegę ze Śremu. W Żarach nowy komendant nie popracował długo. Szybko awansował na zastępcę komendanta wojewódzkiego w innym garnizonie.Policyjne związki zawodowe krytykowały także protegowaną przez Lecha Biernata komendantkę z Nowej Soli, która zasłynęła na całą Polskę tym, że kazała swoim podwładnym przywieźć radiowozem jedzenie i... piwo dla kibiców GKS Katowice.Byli podwładni Lecha Biernata żalą się także na niesprawiedliwy podział nagród na święto policji. Wtedy zabrakło pieniędzy na awanse szeregowych policjantów, ale komendanci dostali sowite premie. Za tę decyzję Lech Biernat na internetowym forum policyjnym został nominowany do nagrody "Złotej Pały", którą dostają autorzy najbardziej absurdalnych pomysłów.To nie pierwszy raz- To był kolejny wyjazd naszego komendanta samochodem służbowym do domu. Wcześniej urwał się nawet z odprawy służbowej - dodaje jeden z obecnych podwładnych Lecha Biernata.Podinsp. Zbigniew Jagiełło, przewodniczący zarządu Wojewódzkiego Niezależnego Związku Zawodowego Policjantów w Łodzi, mówi, że docierają do niego sygnały dotyczące niewłaściwego traktowania policjantów przez komendanta wojewódzkiego i wykorzystywania przez niego do celów prywatnych samochodu służbowego. nasze.miasto.pl 20 Lis 2007 r. >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> Jak gliniarze kradli mieszkania Bandyci mogliby się od nich uczyć. Warszawscy policjanci kilka lat temu ukradli kilkanaście mieszkań służących im wcześniej jako lokale operacyjne. Co więcej, w przekręt nie zainwestowali ani złotówki. Przejęli mieszkania na własność za państwowe pieniądze. Ale od początku. By skutecznie ścigać grupy przestępcze, policjanci muszą mieć bezpieczne mieszkania służące im, gdy działają pod przykryciem. Zwykle zakonspirowani gliniarze wynajmowali je na fałszywe dokumenty od gmin czy spółdzielni. Część z nich używali wiele lat. Ulokowane były często w bardzo atrakcyjnych punktach stolicy. Na takich właśnie lokalach operacyjnych postanowiło się uwłaszczyć stadko policyjnych czarnych owiec. Apartament za grosze Mechanizm przekrętu był dziecinnie prosty. Wymagał jednak współpracy z przełożonymi. Oni wydawali bowiem zgodę na wykupywanie lokali. Podstawiony glina, który dotąd wynajmował mieszkanie na podstawie lewych dokumentów, wykupywał je na własność. Oczywiście za gotówkę z policyjnej kasy. Po kilku miesiącach okazywało się, że mieszkanie jest bezużyteczne, bo np. zostało zdekonspirowane. Wtedy "właściciel" mieszkania odsprzedawał je wskazanemu przez przełożonych koledze policjantowi. Jak łatwo się domyślić - za grosze. Reporterzy "Super Expressu" ustalili, że wśród szczęśliwych posiadaczy mieszkań ulokowanych w atrakcyjnych miejscach w Warszawie znaleźli się w ten sposób m.in. funkcjonariusze pracujący dzisiaj w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym. Tłumaczenia generała Wczoraj napisaliśmy pierwszy tekst o aferach finansowych w Komendzie Stołecznej Policji. Wybuchła po nim prawdziwa burza. Ministerstwo Sportu zaniepokoiło się naszymi informacjami o jednym z członków komitetu organizacyjnego EURO 2012, gen. Ryszardzie Siewierskim. W czasie gdy szefował stołecznej policji, doszło tam do wielu przekrętów. - Ja nie kradłem, nie kradnę i nie pozwalałem nikomu kraść. I to jest mój problem - komentuje nasz tekst gen. Ryszard Siewierski, komendant stołeczny w latach 2002-2005. Z kolei Jacek Kędziora, szef warszawskich policjantów w latach 2005-2007, zasłania się niepamięcią. - Szczegółów inwestycji nie pamiętam - mówi. - Czekam na wyjaśnienie tej sprawy przez prokuraturę - dodaje.Tuszowanie strat w policyjnym gospodarstwieNatrafiliśmy również na trop machlojek, które dotyczą gospodarstwa pomocniczego w komendzie stołecznej. To organizm, dzięki któremu policja może zarabiać pieniądze. Jak ustaliliśmy, w latach 1999-2005 gospodarstwo komendy stołecznej przyniosło ok. 7 mln zł strat. Co się stało z tymi pieniędzmi? Prokuratura bada, czy straty były efektem niegospodarności, czy też pieniądze celowo wyprowadzono z gospodarstwa. By zatuszować aferę, stworzono fikcyjne gospodarstwo i obarczono je stratami realnie istniejącego. Ślad po przekręcie miał tym sposobem zostać zatarty. autor: Piotr Molga, Agata Rowińska 02 Paź 2007 r. Super Express http://www.se.com.pl/se/index.jsp?place=mainLead&news_cat_id=1586&news_id=167621&scroll_article_id=167621&layout=1&page=text&list_position=1 XXXXXXXXXXXXXXXX B. szef policji znowu przed sądem 17 Wrz 2007 r. Ponowny proces byłego szefa policji generała Antoniego Kowalczyka rozpoczął się przed kieleckim Sądem Rejonowym. Jest on oskarżony w związku ze śledztwem dotyczącym tzw. afery starachowickiej. Zdaniem prokuratury, były szef policji nie dopełnił ciążącego na nim obowiązku. Wiedząc o przecieku informacji na temat planowanej w Starachowicach akcji Centralnego Biura Śledczego, nie zawiadomił o tym organów ścigania. Ponadto, jak powiedziała odczytując zarzuty prokurator Anna Habało z prokuratury w Rzeszowie, generał zataił prawdę zeznając w śledztwie wobec byłych posłów SLD - gazeta.pl Kowalczyk mówił wcześniej, że nie przekazywał byłemu wiceszefowi MSWiA Zbigniewowi Sobotce informacji o operacji CBŚ. Prokuratura twierdzi jednak, że to właśnie Kowalczyk był źródłem przecieku.Po odczytaniu zarzutów sąd z uwagi na zachowanie tajemnicy państwowej i służbowej wyłączył jawność rozprawy. Antoni Kowalczyk i jego obrońca nie chcieli komentować tego, że sprawa ponownie wróciła do pierwszej instancji. Mecenas Mirosław Celej powiedział tylko, że jego klient jest niewinny.Sprawa Antoniego Kowalczyka wróciła do Sądu Rejonowego decyzją Sądu Najwyższego. W pierwszym procesie generał został uniewinniony od stawianych mu zarzutów. Sąd uznał bowiem, że skoro był źródłem przecieku, nie miał obowiązku dostarczać organom ścigania dowodów własnej winy. 17 Wrz 2007 r. gazeta.pl >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> Dr Mirosław G. pozwał ministra Ziobrę o odszkodowanie kt, PAP 2007-09-06, ostatnia aktualizacja 2007-09-06 14:06:13.0 Zatrzymany w lutym przez CBA kardiochirurg Mirosław G. pozwał ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę. Chodzi o jego wypowiedź na konferencji prasowej tuż po zatrzymaniu G., że "nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie". Mecenas kardiochirurga Magdalena Bentkowska-Kiczor poinformowała w czwartek, że pozew został skierowany do krakowskiego sądu okręgowego. Ma to związek z miejscem zamieszkania pozwanego, czyli ministra Ziobry. - W naszej opinii doszło do naruszenia dóbr osobistych mojego klienta. Domagamy się przeprosin w środkach masowego przekazu i zadośćuczynienia w wysokości 70 tys. zł - dodała.Jak wyjaśniła, przeprosiny miałaby by być zamieszczone m.in. w "Gazecie Wyborczej, "Dzienniku", "Fakcie", "Super Expressie". Dodała też, że lista może zostać rozszerzona.Mirosław G. został zatrzymany 12 lutego br. Jest formalnie podejrzany o zabójstwo pacjenta, mobbing, znęcanie się nad osobą najbliższą; przedstawiono mu też 45 zarzutów korupcyjnych opiewających na kwotę ok. 50 tys. zł. 12 lutego funkcjonariusze CBA zatrzymali dr. Mirosława G. w szpitalu MSWiA.Zatrzymanie lekarza było filmowane i pokazane potem w stacjach telewizyjnych, po emisji na wspólnej konferencji prasowej Ziobry i szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Ich wypowiedzi wywołały potem publiczną dyskusję o "teatralizacji" czynności procesowych i wykorzystywaniu ich w propagandowych celach.Sam Mirosław G. został zwolniony z aresztu po czterech miesiącach. Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał decyzję sądu I instancji, który wyznaczył kaucję w wysokości 350 tys. zł i zezwolił, by doktor po jej wpłaceniu wyszedł na wolność. Uznał, że mimo pięciu miesięcy śledztwa nie wykazano, by zachodziło "duże prawdopodobieństwo", iż G. umyślnie zabił pacjenta.Szpital MSWiA zwolnił jednak dr. G. z pracy, a stanowisko ordynatora oddziału kardiochirurgii pod koniec marca objął dr hab. Mirosław Mussur.Dyskusje wywołały też informacje "Gazety Wyborczej", że CBA nadało sprawie doktora G. kryptonim "Mengele". To nazwisko hitlerowskiego lekarza z obozu Auschwitz-Birkenau, który dopuszczał się bestialskich eksperymentów na więźniach. Przedstawiciele władz ocenili kryptonim jako moralnie naganny, zaś CBA oświadczyło, że nie było ich celem piętnowanie nikogo, a jedynie wewnętrzna identyfikacja prowadzonej sprawy.kt, PAP Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> Sąd: Zatrzymanie Kaczmarka było niezasadne wrób, asz, PAP 2007-09-06, ostatnia aktualizacja 2007-09-06 17:40:52.0 Warszawski sąd rejonowy uznał, że zatrzymanie Janusza Kaczmarka było "bezzasadne" i "nieprawidłowe", o czym zawiadomiono prokuraturę apelacyjną. Decyzję o zatrzymaniu zaskarżyli adwokaci b. ministra spraw wewnętrznych. Czy prokuratura staje się groźna? - zobacz komentarz Pawła Wrońskiego Sąd stwierdził, że fakt, iż prokuratura przez 3 dni przetrzymywała zażalenie na zatrzymanie Kaczmarka, świadczy o obstrukcji nie mającej nic wspólnego z dobrem postępowania i służącej innym celom.Sąd dodał, że w dniu nielegalnego zatrzymania Kaczmarka ostatnie czynności przeprowadzono już o godz. 13. I wtedy Kaczmarek powinien zostać zwolniony albo prokuratura powinna wydać nakaz zatrzymania. Tymczasem decyzją prokuratury był on przetrzymywany do wieczora następnego dnia.Janusz Kaczmarek podkreślał, że zatrzymanie było niepotrzebne, bo był "na każde wezwanie prokuratury". W sobotę b. szef MSWiA mówił, że zaskarży też decyzję prokuratury co do wyznaczenia wobec niego 100 tys. zł poręczenia majątkowego w zamian za wyjście na wolność - bo "nie ma takich pieniędzy". Jak dotąd w sądzie nie ma takiego zażalenia.Prokurator krajowy: Przyjmuję wyrok z pokorą - W mojej ocenie zatrzymanie było zasadne, a materiał dowodowy w wysokim stopniu uprawdopodabniał zarzuty przedstawione wszystkim zatrzymanym - powiedział prokurator krajowy Dariusz Barski. Podkreślił, że czym innym jest sprawa samego zarzutu, a czym innym to, czy należało zatrzymać daną osobę dla jego postawienia. Dodał, że "wyrok przyjmuje z pokorą". wrób, asz, PAP Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> Kaczmarek: Nie było dowodów przeciwko Blidzie az, PAP 2007-08-12, ostatnia aktualizacja 2007-08-12 16:23:25.0 - W momencie akcji ABW przeciwko Barbarze Blidzie nie było dowodów, że popełniła przestępstwo. A minister Zbigniew Ziobro o tym wiedział - ujawnia w wywiadzie dla "Newsweeka" były szef MSWiA Janusz Kaczmarek. W wywiadzie, jaki w całości ukaże się w poniedziałkowym numerze tygodnika Janusz Kaczmarek zdradza reporterom gazety szczegóły aresztowania Barbary Blidy przez ABW - Na kilka dni przed akcją w trakcie narady u premiera Ziobro poinformował go, że ma materiał, który spowoduje rozbicie lewicowego układu, zatrzymanie Blidy i "wyjście" na innych polityków lewicy, w tym Leszka Millera. I że jest materiał, który daje podstawy do zatrzymania Blidy - opowiada Kaczmarek. - I co premier na to? - pytają dziennikarze. - Zapytał, na czym opiera się ten materiał. Ziobro powiedział, że na zeznaniach pani Barbary Kmiecik i byłego posła Ryszarda Zająca, który zna sprawę ze słyszenia. Premier zapytał, co ja sądzę o tej sprawie. Powiedziałem, że materiał nie daje podstaw do zatrzymania Blidy. W swojej pracy prokuratorskiej wielokrotnie spotykałem się ze sprawami opartymi na relacjach jednego świadka, który potem odwoływał swoje zeznania bądź jego informacje nie potwierdzały się - Kaczmarek relacjonuje spotkanie u premiera. "Ziobro był roztrzęsiony i bał się odpowiedzialności" Pytany o wydarzenia, jakie miały miejsce w dniu śmierci byłej posłanki SLD mówi: "Około 6.15-6.20 dzwoni do mnie przerażony Ziobro: "Blida się zastrzeliła. Janusz, pomóż". Pytam: "Jak się zastrzeliła?". Ziobro: "Przy wejściu. Sytuacja jest tragiczna. Przecież wiesz, jak my tam mieliśmy krucho dowodowo. Co ja mam robić? Jak mam się zachowywać?" Do godziny 7.00 miałem kilka, 5-8 takich telefonów od niego" Kaczmarek wspomina, że Ziobro był roztrzęsiony, kompletnie nie mógł sobie poradzić z sytuacją i bał się odpowiedzialności. - Ziobro dał do zrozumienia, że w razie czego winą za tę akcje obarczy kogoś innego. To oddaje całą filozofię Ziobry, on nigdy nie popełnia błędów. Jest nieomylny - mówi Kaczmarek. I zapewnia: - W momencie akcji ABW nie było dowodów, że pani Blida popełniła przestępstwo. Prokuratura: Nie komentujemy Prowadząca śledztwo w sprawie, w której Blidzie miały zostać postawione zarzuty katowicka prokuratura okręgowa nie chce komentować publikacji w "Newsweeku"."Nie chcemy mówić o bieżących ustaleniach dowodowych. Ostateczną weryfikacją zgromadzonych przez nas dowodów i komentarzem będzie w przyszłości wyrok sądu w sprawie, która obecnie toczy się na etapie śledztwa" - powiedział PAP w niedzielę rzecznik prokuratury Tomasz Tadla.Okoliczności planowanego zatrzymania oraz śmierci Blidy bada łódzka prokuratura okręgowa. Postępowanie ma ustalić, czy miało miejsce niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariuszy ABW i czy można mówić o popełnieniu przestępstwa."Zanim nie skończy się śledztwo w tej sprawie, nie ma sensu się wypowiadać. Jest na to za wcześnie. Mogę powiedzieć jedynie, że zachowanie prokuratury katowickiej jest także przedmiotem naszego śledztwa" - powiedział PAP szef wydziału śledczego łódzkiej prokuratury okręgowej Rafał Sławnikowski, odnosząc się do wypowiedzi Karczmarka. Sławnikowski dodał, że śledztwo powinno "niedługo się skończyć". az, PAP Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA >>>>>>>>>>>>>>>>>>> xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx Będą zarzuty dla Marca, byłego szefa CBŚ Nielegalne przechowywanie w domu dokumentów z informacjami niejawnymi – taki zarzut może niedługo usłyszeć Jarosław Marzec, były szef Centralnego Biura Śledczego – dowiedział się "Wprost". Przeszukania w domu i biurze Marca przeprowadzono zaraz po dymisji szefa MSWiA Janusza Kaczmarka i komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego. - To było do przewidzenia. On do swojego komputera kopiował wszystkie oświadczenia majątkowe policjantów z Gdańska i z Warszawy. Nie miał do tego prawa - mówi policjant z warszawskiego CBŚ. Prokuratura odmawia komentarza w tej sprawie. - Ze względu na dobro śledztwa nie udzielamy informacji - powiedziała nam Marzanna Mucha-Podlewska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie. INTERIA.PL 09 Wrz 2007 r. >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> IPN na tropie policyjnego 01 21 Cze 2007 r. Dziennik Prokuratorzy z Instytutu Pamięci Narodowej oficjalnie już wszczęli śledztwo d otyczące śmierci Tadeusza Wądołowskiego na posterunku Milicji |
Tytułem odpowiedzi Mentorowi wklejam fragment mojego postu z listopada 2008 r.: Bez łaski posłów i ich "zbawiennych" pomysłow dogadaliśmy się (właśnie na zebraniach grup członkowskich) i zawarliśmy w statucie z 30.12.2004 r. zapis o możliwości przekształcenia spółdzielczego lokatorskiego prawa do lokalu (mieszkalnego) na właśnościowe za "5% różnicy między wymaganym wkładem budowlanym a zwaloryzowanym wkładem mieszkaniowym." W takim przypadku przekształcenie kosztowalo spółdzielcę 1200 - 2000 zł (w zależnosci od wielkości powierzchni mieszkania). I to wówczas (w bardzo krótkim czasie) znacznie większa ilość spółdzielców dokonała przekształcenia niż ta, ktora skorzystała z przekształcenia w odrębna własność "za złotówkę". A teraz ta znakomita większość mająca spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu nie może przekształcić tego prawa w odrębna własność, bo nie chce się zgodzić na udział w gruncie tylko tym "po obrysie fundamentów". (Pisałam o tym w innym wątku.) Pozostaje nadal bez odpowiedzi pytanie: czy stowarzyszeni będziemy mieli większy wpływ na działaność zarządów spółdzielni, wymiaru sprawiedliwości, rządu i posłów? W jaki sposób? Może w taki sposób, że pójdziemy na rozprawę sądową w charakterze publiczności, bo za stronę postępowania i tak nie zostaniemy uznani ?! W tym celu nie musimy się stowarzyszać. Wystarczy, że kilku z nas umówi między sobą. Na marginesie. Uważam, że (bez stowarzyszania się) najwiekszym sukcesem solidaryzmu spółdzielczego w spółdzielni, do której należę bylo podjęcie w stosownym czasie uchwały o spłacie całego kredytu do PKO BP. W ten sposób członkowie uniknęli spłaty absurdalnych odsetek wpłacając do spółdzielni kolejne raty. Oczywiście i w tym przypadku znalazły się "czarne owce", które do spłacenie zadłużenia musiał przymusić komornik. Konkludując stawiam pytanie: w jaki sposób przymusić zarząd spółdzielni do której należę do zmiany podziału gruntu zgodnie z obowiązującymi przepisami ? Może odpowie któryś z posłów ? Może zajmie sie ta sprawą? Przed uchwaleniem nowelizacji ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych wymieniłam maile z prezesem SOS Płock, które poniżej przytoczę w całości, ale wcześniej zwrócę uwagę, że nie można raka płuc wyleczyć aspiryną, a taką aspiryną w znakomitej większości była nowelizacja ustawy spółdzielniach mieszkaniowych. UWAGA: niebieskim kolorem zaznaczyłam odpowiedzi prezesa SOS Płock 25.03.2007 r. Witam. Odpowiem, ale wyjątkowo, bo zainteresowało mnie Pani zdrowe myślenie, ale na tak długie listy po prostu nie wystarczyłoby mi godzin dnia. (Od tygodni odkładam już swoje sprawy osobiste, tyle jest z tym wszystkim zabiegów). Z tego właśnie powodu nadmienię, że uwagi Pani, choć słuszne, zgłaszają chęć ideału i od zaraz. Proszę spróbować podjąć walkę ze zorganizowaną w sejmie kastą struktur lewicowych układów, i wskurać wiele. Nawet z Trybunałem K. były kłopoty, a co dopiero wśród mieszaniny poglądów. To, co osiągnęliśmy jest potężnym sukcesem złamania twardego monopolu postkomunistycznego. I traktuję to jako niezbędny pierwszy krok. Osobiście celowo nie porywałem się na 100% zmian, bo ze startu od stanu poprzedniego nie wszystko byłoby możliwe. Poprzednie wersje ustawy pozwalały nawet uwłaszczać bez gruntu! Po tej nowelizacji zmieni się rzeczywistość prawna i dopiero wtedy będzie można czynić kolejne zmiany. Odpowiedzi w treści: Bielsko-Biała, 25.03.2007 r. Witam. Dla znakomitej większości spółdzielców zapisy Prawa spółdzielczego i ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych oraz wywodzące się z nich statuty są trudne do zrozumienia. Śledzę losy nowelizacji (teraz z ponad 100 poprawkami wniesionymi podczas posiedzenia Sejmu) i mam szereg wątpliwości i pytań. Do tej pory nikt (nie wyłączając posłów) nie chciał lub nie potrafił odpowiedzieć na zadawane przeze mnie i przez wielu innych spółdzielców pytania. Czy otrzymam odpowiedzi od Państwa? 1. Komu przypadnie majątek spółdzielni (pawilony handlowe, lokale użytkowe, drogi tzw. wewnętrzne, parkingi, place zabaw i t. p.), który jest prywatną własnością jej członków (art. 3 Prawa spółdzielczego) gdy (hipotetycznie) wszyscy przekształca mieszkania w odrębna własność i przestaną być członkami spółdzielni? (Jako członkowie ponosili koszty utrzymania tego majątku oraz koszty jego powiększania; nowe inwestycje; np. parkingi).*Wszystkim spółdzielcom, bo mając swoją część prywatnej własności i pozostając członkiem spółdzielni, nadal będzie Pani korzystać z majątku wspólnego. Jedynie logika nakazuje kazać wpisać to sobie w akcie notarialnym, tj. wielkość udziałów w pozostającym majątku wspólnym...* 2. Dlaczego przekształcając mieszkanie w odrębną własność i rezygnując z członkostwa w spółdzielni nie otrzymuję udziału (w jakiejkolwiek formie) w majątku spółdzielni (wymienionym w punkcie 1) ? *j. w. niezależnie, czy pozostaje Pani czy występuje* 3. Jak to jest możliwe, ze mając spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu (mieszkania) mogę zrezygnować z członkostwa w spółdzielni, skoro ten lokal jest nadal jej własnością?*Tak, tu zgadzam się z brakiem logiki. Pomysł tego był jednak inny (przejściowy). Ma on na celu obronę ludzi, którzy za swą działalność nie po myśli Prezesów, b***yli wykluczani ze spółdzielni w ciągu "pięciu minut", a wtedy z definicji byli pozbawiani mieszkań (prawa spółdzielczego) * 4. Co stanie się z mieszkaniami o statusie spółdzielczych własnościowych po ewentualnym wejściu w życie nowelizacji? Nie będzie można ich zbyć ? Z mocy prawa będą musiały być przekształcone w odrębną własność?*Tak, dlatego piszę o tym w artykułach, by własnościowe prawo raczej nie zostawiać nawet na pamiątkę, bo są tego typu konsekwencje, jak nawet pozbawienie prawa do dziedziczenia. Ale właśnie trzeba w ten sposób obudzić ludzi do wyzbycia się prowizorki na rzecz własności pełnej* 5. Dlaczego będę zmuszona do poniesienia kosztów wykupu ziemi (w naszym mieście bonifikata wynosi tylko 75%) nie przynależnej do mojego mieszkania? Dlaczego znów będę musiała płacić za innych? Prof. Biela i jego zwolennicy namawiają do wykupu całej ziemi będącej w wieczystym użytkowaniu spółdzielni? Dla kogo? (Patrz punkt 1). *Nie ma takiego obowiązku, proszę sobie to uregulować w uchwale zarządu. Ale nielogiczne byłoby nie wziąć tego, co należy do Pani, bo jeśli spółdzielnia kupuje grunt z dopłatą 25% to wcześniej część ceny zapłaciła Pani opłatami za użytkowanie wieczyste. Chce Pani to oddać ? Przecież jeśli ludzie nabędą więcej gruntu, to mogą sobie coś sobie na nim nanosić lub go sprzedać (będą jego właścicielami) lub przyda się do podziału spółdzielni * 6. Dlaczego w ogóle pozostaje spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu ? *Na razie. Z powodów jak wcześniej. Jestem zwolennikiem pojęcia prawa lokatorskiego w znaczeniu najmu spółdzielczego, tj. bez obowiązku spłaty kredytu (bo ze spłatą kredytu jest się już nabywcą majątku). Ale to są zmiany na drugi krok. * 7. Dlaczego pozostają związki rewizyjne skoro jak same twierdzą nie maja żadnej mocy sprawczej? *Ktoś musi ten temat podjąć. Tego nie chcieliśmy łączyć z tematem uwłaszczenia* 8. Dlaczego członkowie Krajowej Rady Spółdzielczej , związków rewizyjnych, zarządów i rad nadzorczych spółdzielni mieszkaniowych nie podlegają lustracji ? (Tajemnicą poliszynela jest, że spółdzielnie mieszkaniowe to ostatnia ostoja esbeków, ubeków i komuchów wszelkiej maści.) *Wprowadzimy kiedyś NIK* 9. Dlaczego nowelizacja dopuszcza wydzielenie działki również wówczas gdy posiada ona jedynie dostęp do drogi wewnętrznej ? Jest to niezgodne z ustawowym pojęciem działki budowlanej.[color=blue]*Nie zupełnie*[/color] 10. Czy dopuszczalne jest wydzielenie działki budowlanej po obrysie fundamentów budynku ?* Nie! przecież sama Pani na to wyżej zwraca uwagę jaką definicję ma nieruchomość zabudowana* (Schody wejściowe do budynku, komora śmieciowa przynależąca do budynku mającego zsypy pozostają już na terenie innej działki). Działka w ten sposób wydzielona nie ma dostępu nie tylko do drogi publicznej, ale nawet do żadnej innej np. "wewnętrznej". Takich podziałów dokonano w spółdzielni, której jestem członkiem. W ten sposób pod budynkami jest tylko ok. 3 ha terenu z 31 ha będących w wieczystym użytkowaniu spółdzielni.) 11.Jak można walne zgromadzenie dzielić na części? *Przyczyna jest bardzo prosta. Co jest lepsze: kosmetyka zgodności z literą sensu, czy prawa członków do podejmowania uchwał samym a nie za pośrednictwem obcych Przedstawicieli *Jest to zaprzeczeniem istoty, sensu walnego, a na dodatek zapis mówiący, że "Członkowie mają prawo zgłaszać projekty uchwał w terminie 14 dni przed dniem posiedzenia walnego zgromadzenia lub do dnia jego pierwszej części. Projekt uchwały zgłaszanej przez członków spółdzielni musi być poparty przez 100 członków lub w spółdzielniach liczących mniej niż 2000 członków przez 1/20 członków spowoduje, że będzie rozpatrywany tylko projekt uchwały opracowanej w ciszy gabinetu przez zarząd przy pomocy służalczych prawników. Przepis ten służy tylko jeszcze większemu uciemiężeniu spółdzielców i podporządkowaniu ich woli zarządu. Zakładając, że nowelizacja wejdzie w życie przed tegorocznymi zebraniami grup członkowskich i zebraniami przedstawicieli należy przypuszczać, że przepis o którym mowa spowoduje, że interpretowany przez zarządy zdezorientuje spółdzielców do reszty.*Akurat tym bym się nie przejmował ! Mamy poważniejsze trudności.* 12. Dlaczego w nowelizacji nie zdecydowano się na radykalne rozwiązania takie jak ograniczenie ilości członków spółdzielni do np. 500 osób i ustawowy przepis o obowiązku podziału tych spółdzielni, w których ilość członków jest większa?*Nie wolno nakazać podziału, musi to być zgodnie z konstytucją wola ludu!* 13. Dlaczego ogranicza się wysokość wynagrodzeń dla członków rad nadzorczych? Trzeba je w ogóle je zlikwidować, *Proszę to zrobić! Powodzenia (wiśta wio) W następnej emisji zmian - tak ! *bo jak głupszy może kontrolować mądrzejszego ? Wymogi dla członków zarządu są zazwyczaj wysokie i łączy się to z ich wysokimi pensjami. Kto posiadający wiedzę, wyższe wykształcenie zasiada w radzie nadzorczej? Najczęściej tylko ten, który ma do załatwienie swoją prywatną sprawę. Po jej załatwieniu rezygnuje z mandatu. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie za ca 350 zł /miesiąc brał na siebie odpowiedzialności za nadzór i kontrole nad kilkunastotysięcznym miasteczkiem. Pozdrawiam. Na dzisiaj tyle. *Pozdrawiam. Tadeusz Borowicki. Proszę się zapoznać ze stenogramem czwartkowego byłego posiedzenia sejmu w tej sprawie.* PROPONUJĘ POCZYTAĆ: http://orka.sejm.gov.pl/Biuletyn.nsf/0/EE9F62F66278565AC1257426004AAC31?OpenDocument JAK NIZEJ WIDAĆ W SKŁADZIE PODKOMISJI NIE MA JUŻ ANI PANI MASŁOWSKIEJ ANI PANI STAROŃ. ZAŁATWIŁU CO POTRZEBOWAŁY I POSZŁYYYY !!! Podkomisja stała ds. budownictwa oraz gospodarki przestrzennej i mieszkaniowej Funkcja w podkomisji Nazwisko i imię Reprezentowana komisja Funkcja w komisji przewodniczący Adamczyk Andrzej Komisja Infrastruktury zastępca przewodniczącego Cieślik Leszek Komisja Infrastruktury Czesak Edward Komisja Infrastruktury Gadowski Krzysztof Komisja Infrastruktury Huskowski Stanisław Komisja Infrastruktury Klepacz Witold Komisja Infrastruktury Kopeć Tadeusz Komisja Infrastruktury Kozaczyński Jacek Komisja Infrastruktury Krupa Jacek Komisja Infrastruktury Lamczyk Stanisław Komisja Infrastruktury Litwiński Arkadiusz Komisja Infrastruktury Młyńczak Aldona Komisja Infrastruktury Pisalski Grzegorz Komisja Infrastruktury Polaczek Jerzy Komisja Infrastruktury Racki Józef Komisja Infrastruktury Szczepański Wiesław Andrzej Komisja Infrastruktury zastępca przewodniczącego Tchórzewski Krzysztof Komisja Infrastruktury zastępca przewodniczącego Tobiszowski Grzegorz Komisja Infrastruktury Tomczak Jacek Komisja Infrastruktury Wielichowska Monika Komisja Infrastruktury Wojtkiewicz Michał Komisja Infrastruktury Zbonikowski Łukasz Komisja Infrastruktury Powrót do góry |
Dlaczego władze miejskie tolerują obecność obskurnego „drapacza chmur” w ścisłym śródmieściu Gliwic? Jak długo trzeba jeszcze czekać na dokończenie budowy obiektu przy reprezentacyjnej ulicy miasta? - pytają liczni gliwiczanie. Ich krytyczne uwagi są w pełni zrozumiałe. Budowla przy ul. Zwycięstwa 52 jest rzeczywiście architektonicznym straszydłem, lecz gliwicki samorząd nie ma, niestety, najmniejszego nawet wpływu na zmianę jego wyglądu.Realizacja przedsięwzięcia rozpoczęła się prawie 30 lat temu. Jego inwestorem była Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Społem” w Gliwicach. W 1978 roku wykonano pierwsze prace ziemne przy budowie Spółdzielczego Domu Handlowego „Merkury”. Projekt opracowany w Biurze Studiów i Projektów Handlu Wewnętrznego i Usług w Warszawie (ul. Tamka 38) przewidywał stworzenie w centrum Gliwic rozległego kompleksu handlowo-gastronomicznego (między ulicami Zwycięstwa i 1 Maja) oraz nowoczesnej - na tamte lata - siedziby PSS „Społem”. Obszerny obiekt administracyjno-biurowy miał służyć potrzebom tej instytucji, która wówczas zatrudniała ok. 5 tysięcy osób i miała w swojej gestii prawie 360 sklepów i ok. 230 lokali gastronomicznych (restauracji, barów, stołówek i jadłodajni).Życie zweryfikowało mocarstwowe plany spółdzielców. Zabrakło po prostu funduszy na realizację imponującego projektu. Do końca lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku zrobiono niewiele na placu budowy SDH. Wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku wstrzymało zaś całkowicie inwestycję. Wznowiono ją dopiero w 1984 roku. Finansowanie zadania było jednak nadal marne, co powodowało, że obiekt powstawał bardzo powoli. Przełom ustrojowy w 1989 roku nie zmienił sytuacji. Mozolne prace trwały 10 lat. Handlową część inwestycji oddano wreszcie do użytku w 1994 roku. Udostępniono wtedy mieszkańcom Gliwickie Centrum Handlowe oraz rozmaite sklepy, placówki usługowe i lokal gastronomiczny w tzw. „łączniku” między GCH a niedokończonym obiektem administracyjno- biurowym. Stalowy szkielet konstrukcji „drapacza chmur” ciągle straszył przechodniów. Jego właściciel - PSS „Społem” - nie zamierzał już jednak kontynuować inwestycji. Trudno się temu dziwić: spółdzielnia bezpowrotnie utraciła dawną pozycję, którą zajmowała wmieście w czasach PRL. Poważnie skurczył się majątek „Społem” (warto sobie uzmysłowić, że obecnie PSS zatrudnia w mieście tylko ok. 300 osób i dysponuje zaledwie jednym lokalem gastronomicznym oraz skromną siecią 22 sklepów). Spółdzielcy nie potrzebowali zatem nowej siedziby. Zaczęli szukać kupca, któremu mogliby sprzedać obiekt. Ich starania przyniosły oczekiwany efekt.W kwietniu 1996 roku nieukończona budowla stała się własnością jednej z prywatnych firm gliwickich. Nowy właściciel 9-kondygnacyjnego „wieżowca” o kubaturze 123 tysięcy m3 miał sporo dobrych chęci. Stalowy szkielet konstrukcji zdołał nawet obudować betonowymi płytami, co wyraźnie poprawiło wygląd całości. W 1998 roku pojawiła się tam nawet duża kolorowa plansza, na której przedstawiono docelowy kształt obiektu. Na rysunku prezentował się on bardzo okazale. Niektórzy gliwiczanie byli przekonani, że będzie to nowoczesny hotel. Efektowne zamierzenia nie doczekały się jednak urzeczywistnienia, a plansza z czasem zniknęła z budynku.W maju 2004 roku „drapacz chmur” po raz kolejny zmienił właściciela. Został sprzedany Polskiemu Koncernowi Naftowemu „ORLEN” w Płocku. Do dziś zachowały się plany i rysunki z 2002 roku, z których można się dowiedzieć, jak w przyszłości miał wyglądać obiekt przystosowany już do potrzeb regionalnej siedziby „ORLENU”. Zakładano m.in., że na ostatniej kondygnacji (poddasze) powstaną sale konferencyjne oraz „bufet kanapkowy z miejscem widokowym”, zapewniającym możliwość podziwiania plpanoramy Gliwic z lotu ptaka. Projektowano budowę „przeszklonego szybu windowego”. Autor ówczesnej dokumentacji napisał, że „zaprojektowany budynek przewyższa swoją wysokością sąsiednią zabudowę, lecz jest budynkiem narożnym i uzupełnia pierzeję ulic”. W ten sposób próbował zapewne polemizować z powszechną w Gliwicach opinią, że 34-metrowy „wieżowiec” przy ul. Zwycięstwa pasuje do śródmiejskiej zabudowy, jak pięść do oka. Pochodzący sprzed czterech lat pomysł wykorzystania budowli dość szybko stał się nieaktualny. Nowy prezes PKN „ORLEN” nie chciał - jak można przypuszczać - realizować koncepcji swojego poprzednika. Do dziś nie ma sprecyzowanych planów w tej materii, choć wkrótce upłyną już dwa lata od nabycia przez koncern surowego obiektu. - Pragnę poinformować, że trwają obecnie prace mające na celu dokonanie ekspertyz: architektonicznej i stanu technicznego budynku. Wyniki prowadzonych badań i prac, które spodziewamy się uzyskać w ciągu najbliższych miesięcy, pozwolą na podjęcie decyzji w sprawie docelowego przeznaczenia budynku - przekazała w ubiegłym tygodniu Beata Karpińska z Biura Prasowego PKN „ORLEN” S.A . Sytuacja jest paradoksalna. Potężny koncern ogólnopolski wydał przed dwoma laty niemałą kwotę na zakup gliwickiego „drapacza chmur” i ciągle nie wie, co z nim zrobić. Miejskie władze samorządowe nie mogą zaś ingerować w tę sprawę, bo „ORLEN” jest wyłącznym właścicielem obiektu i wieczystym użytkownikiem gruntu, na którym stoi niszczejąca z miesiąca na miesiąc budowla wznoszona z mozołem od 28 lat. Jak długo jeszcze będzie trwał ten skandal? Czy „ORLEN” chce w Gliwicach zyskać opinię złego gospodarza, który w ogóle nie troszczy się o swoje mienie? |