| ||
|
Czytasz posty znalezione dla hasła: lokale bydgoszcz lokal bydgoszcz
|
| Szukaj:Słowo(a): lokale bydgoszcz lokal bydgoszcz |
Lokale robione na styl amerykańskich knajp. Są amerykańskie tablice rejestracyjne, słynne słupy energetyczne, drewniana podłoga, bar, kelnerki.........ekhm. Gdzieś tam stała szafa grająca, darty, wszędzie mnóstwo nawiązań do USA. I co Uboot, będący pod wpływem absyntu zamówił? Kebaba Konkretnie shawarme z grillowanego drobiu z frytkami i surówką, a pominął amerykańskiego burgera. Ale żarcie i tak dobre. Fajnie, że w Roosterze można oglądać wydarzenia sportowe. Przed Nowym Rokiem puszczali Premiership i Skoki Narciarskie. Mam cichą nadzieję na F1, to będę czasami zaglądał do bydgoskiego Roostera, bo mają naprawdę fajny klimat. |
Pozwolę sobie zacytować odpowiedź WAMu dla Osielska: "...Jak stanowi przepis art. 55 ust. 2 cytowanej ustawy - nie mogą być zbywane lokale mieszkalne stanowiące kwatery, kwatery funkcyjne i kwatery zastępcze. Z uwagi na powyższe sprzedaż kwater w wymienionych budynkach, w obecnym stanie prawnym, nie może być realizowana. z up. Izabela NACULAK Do wiadomości: Dyrektor Biura Skarg i Wniosków w Ministerstwie Obrony Narodowej dot. pisma 2271/IV/07; Dyrektor OReg. WAM Bydgoszcz" w/w artykuł mówi: 2. Nie podlegają sprzedaży kwatery lub lokale mieszkalne: 1) znajdujące się w budynkach położonych na wojskowych terenach zamkniętych, 2) przeznaczone, na podstawie decyzji dyrektora oddziału rejonowego Agencji, na zakwaterowanie całości lub części kadry określonej jednostki wojskowej, 3) funkcyjne, 4) w okresie trzech lat od daty oddania budynku do eksploatacji. Nie wiem jak u Was ale u mnie na decyzji widnieje tylko sformułowanie: lokal mieszkalny ( nie ma mowy o kwaterze, kwaterze funkcyjnej, czy zastępczej), a zacytowany przez Panią Naculak artykuł nijak ma się do odpowiedzi jaką udzieliła... Kto tu z kogo głupa robi...? Mon - ja myślę że to sparwa dla NIK a nie dla RPO - a zwłaszcza kulisy powstawaniu WTBS... |
nawet na plakacie z jakieś imprezy można wysnuć wnioski że przeważającą większością są tam osoby nie mające lat osiemnastu bo impreza była od lat szesnastu a to już o czymś świadczy a i lokal nie ma zbyt dobrej opinii nawet co u niektórych osób w Toruniu a więc jak dla mnie lokal jest spalony ze względu na to że jeżeli chciałbym zarobić z kosy w żebra to wolę w Toruniu niż w Bydgoszczy ![]() Aż takich hardcorów nie ma ani w jednym ani w drugim lokalu wymienionym w tym temacie, Vanilla jest nawet spoko lokalem tylko trzeba było by zmienic ochrone której sie poprostu nudzi i wprowadzic jakas muzyke dla ambitniejszych ludzi niż elektro **** hałsy pomieszane z fragmami i rihannami w rewixach |
Szczecin jest raczej mało kawiarniany. Wspomniany przeze mnie lokal urządzili Włosi niedaleko katedry. W centrum włoskiego miasta byłby to sukces a tu nic się nie działo. Bydgoszcz z kolei jest najciekawszym "kawiarnianym" miastem w Polsce. Ciasta i wypieki są tu czymś bardzo widocznym i pociągającym. Kawę traktuje się bardziej serio niż w Poznaniu czy Krakowie. Rzeczywiście lokale Sowy też bardzo bliskie są Italii |
Terminal jest w Sępolnie Krajeńskim i do najblizszego dużego miasta czyli Bydgoszczy ma ponad 50km reszta to i tak rozrzucone w niemałej odległości małe miasteczka Następny jeden z najlepszych Energy 2000 jest w Przytkowicach małej wiosce i do Krakowa tez ma kawałek wiele jest jeszcze takich przykładów wystarczy zainwestowac w stworzenie klubu według wysokich standardów przy tym dobra promocja i sukces murowany wszystko w rękach dobrego menadżera klubu a położenie geograficzne Świdnicy jest bardzo dobre szkrzyżowanie szlaków komunikacyjnych a i do miast małych jak i dużych jest nie daleko. Ale kto ma sie zająć poszukiwaniem inwestorów napewno urząd odnosi sukcesy w ściąganiu inwestorów mysle ze z taką rzeczą by sobie poradził tymbardziej ze miasto ma perspektywy rozwoju ludzie bedą mieli prace to i rozerwać w jakimś fajnym lokalu napewno by chcieli niezalogowana marlena: Niewiem czy kiedykolwiek byłaś z powyższych klubów to ci powiem ze tam ludzie umieli sie wychować i teraz panuje miła atmosfera A tak na marginesie to np w Energy jest monitoring bramki wykrywajace metal, wyroby pirotechniczne, do tego jest 30 ochroniarzy i podobnie jest w innych klubów z polskiej czołówki niektóre kluby nawt wynajmuja autobusy zeby dowozic ludzi i jakos sie to im opłaca tym poprostu zajmuja sie osoby z doświadczeniem w tej branży i takich ludzi powinno sie ściągnąć do miasta pierwszą i jedyną osoba profesjonalną w tym zakresie jest obecny właściciel climax od paru lat prowadzi jeszcze dwa dobre kluby na Dolnym Śląsku ale climax jest lokalem wynajmowanym wiec nie ma szans na rozwój no chyba ze obecny najemca wykupi cały budynek |
Nie wszyscy lubią spotykać się w klubach. Istnieją ludzie, którzy zamiast przy alkoholu wolą posiedzieć przy herbatce i ciasteczku... Znacie w Bydgoszczy jakieś takie miłe, przytulne lokale, gdzie można sobie przyjść, usiąść, pogadać bez potrzeby przekrzykiwania muzyki, gdzie gdy poprosisz o sok nie zapytają zdziwionym tonem "a co to jest???" Próbowałam jakiś miesiąc temu wraz z koleżankami takie miejsce znaleźc w śródmieściu. Wzgardziłyśmy Białą, poszłyśmy do Zielonej (tej bliżej dworca, w podwórzu), która była akurat zamknięta... Ostatecznie osiadłyśmy w barze Tekla na gdańskiej... Całkiem sypatyczny lokal... |
jasssne. w polowie drogi. zaloze sie ze bydgoszcz wygra. mi tam wsio ryba byleby lokal byl dobry znaczy dwa lokale: jeden imprezowy (klimatyzacja, niedrogi alkohol itp, a i dobra muza) drugi noclegowy: lozka wodne, masaz, klimatyzacja, niedrogi alkohol i dobra muza :p pozdrawiam kulunia |
Raczej na pewno dojdzie do skutku. Od razu zaznaczam, że pomysł był ogłoszony na wszystkich ważniejszych forach o F1 w necie (oprócz tego jeszcze na trzech) i na razie zgłosiło się 7 pewnych oraz trzy osoby które jeszcze muszą się zdecydować. Lokal to chyba deja vu o ile ktoś ma lepsza lokalizację. Pojawiła sie propozycja aby sptać w multikinie, ale nie wiem czy jest jakiś sens tego. Nawet jeśli tak to trzeba było zapłacić za bilet pewnie i w kinie tak nie pogadasz o wyścigu. Jak by ktoś miał namiar na inne lokale w Bydgoszcz niech da mi znać na GG. Ja sam nie mieszkam bezpośrednio w bydzi więc w weekend chce tam pojechać i oblukać zaproponowane miejsca. |
Okk.. Ja tez nie mam autka bo stoi u blacharza w tej chwili a poza tym znam bydgoszcz dobrze i nie ma tu dobrych miejsc na takie spoty ... Jedynie mozna szukac pod bydgoszcza , kolo osielska niezla karczma, przy obwodnicy za bialymi blotami tez ciekawy lokal - karczma rzym.. albo dalej jak sie leci maly biskupinek - a moze inowroclaw? Tam sa fajne lokale przy tezniach
|
misiu puszsty przedwswzytskim tnij cytaty to raz po drugie markety wcale nie sprzedaja "towar o najnizszej jakosci i przy najnizszym
cena wcale nie jest najniższa , towar nie jest najgorszy, a standard obsługi zalezy od załogi marketu [z reguły jest tak wysoki jak pensje] kupuje w zasadzie tylko w marketach [przy gruubym remoncie domu, praktycznie przebudowie] bo niestety sa to jedyne placówki ktore sa otwarte do godz 21 i kupuje w calej Polsce taka mam robote żeby wykorzystac róznice w cenach pomiedzy regionami i moge powiedziec ze nawet w jednym markecie znajdziesz działy gdzie obsłuża cie solidnie ai takie gdzie ciebie oleja moja zona spedziła w castoramie w bydgoszczy 3 godziny na wybieraniu jakichs plytek i facet nawet sie nie skrzywił a w castroamie w warszawie facet na pytanie o drzwi z wołomina cos tam pod nosem burknbał ze nie sprzedaja i odwrócił sie na piecie natomiast zenadna jest obsługa w leroy w bydgoszczy taki lajf natomist markety maja wiele zalet np.to ze towar mozesz zwrócic bez zadnego marudzenia zonie zmieniła sie koncepcja oddałem plytki wziałem drugie i nikomu nie musiałem tłumaczyc dlaczego Kolega prezentuje typowy poglad ze jak wiecej płacimy to wiecej za to dostaniemy :))) nic bardziej błednego :)))) od 20 lat zajmuje sie handlem i wiem jak dziłaja trybiki wewnatrz maszyny huck |
Impreza bardzo przyjemna, wszyscy ci ktorzy sie zjawili sadze, ze sie nie zawiedli i napewno mieli okazje troche pochasac po parkiecie. Niestety sa tez minus, przy tak niskiej frekwencji sadze, ze w najblizszym czasie oldskoolowa Lodz przestanie istniecia w duzych lokalach i wszystko przeniesie sie do mniejszych(niestety w ktorych budzet nie pozwala na jakies super harce imprezowe z urozmaiconym skladem), przy frekwencji 100 osob. Mowienie nadal o stolicy muzyki klubowej w Lodzi mija sie z celem, imprezy w 5 lokalach i od 60 do 150 osob w kazdym to bardzo malo, zwazywszy na to, ze jeszcze 3 lata temu na imprezie w Nexusie potrafilo przyjsc - 1000 osob, do Cuba w ten sam dzien tez tyle, a i te mniejsze lokale nie mogly narzekac na frekwencje(pamietajmy, ze jeszcze bylo Forum Fabricum i tez z tam z 500 - 600 osob), zmeczenie materialu, wyjazdy za granice, cotygodniowe ewenty i znudzenie chyba na to wplynely, poniewaz nie widze innej przyczyny. Uwazam, ze wiele imprez jest naprawde atrakcyjnych z interesujacym skladem osobowym(przyklad np, tej), ludzie wkladaja troche serca, zeby cos zorganizowac cos innego niz jest na codzien i tak to przynosi odwrotny skutek od zakladanego. Dziekuje jeszcze raz serdecznie w moim i klubu Cube imieniu za to, ze byliscie tego dnia z nami na tej imprezie i do zobaczenia moze na kolejnych. P.S:Do tych co nie byli, "bo cos tam wypadlo" - wstydzcie sie znowu byli przedstawiciele z Torunia i Bydgoszczy i sobie popatrzyli jak to wszystko u nas chyli sie ku upadkowi. Bilety coraz tansze na imprezy, zapotrzebowanie niby jest tylko pozniej na imprezie odchaczyc sie nie chce. Ja sie tam tego nie boje powiedziec w przeciwienstwie do innych jak jest na tej naszej scenie coraz nedzniej, inni zazegnuja sie, ze przeciez jest wszystko ok, frekwencja jest niby ok, napedzaja sobie koniunkture na kolejne imprezy, ja jestem szczery i moze ta moja szczerosc tak niektorych boli. 150 osob to nie jest szczyt marzen na naprawde dobrej imprezie z ciekawym skladem. |
Największym konfidentem w powiecie są redaktorzy Wiadomości Krajeńskich liczne donosy na Pana Sasa, Pawline, Brackiego, Maracha, Pekie itd, co to was nie rusza zdejmijcie klapy z oczu. Gazeta Więcborska działa w obrocie prawnym od stycznia 2008r. dowód Postanowienie Sądu Okręgowego w Bydgoszczy z dnia 23.01.2008r. sygn. akt INs Rej Pr. 1/08 i czy to się podoba Panu Piotrowi P. czy nie działać będzie i w tym miesiącu się ukaże. Odnośnie zamkniętych kebabów na Złotowskiej Pocztowej i Gdańskiej to decyzję o zamknięciu wydał Burmistrz Więcborka i Inspektor Bąk oraz Pan Bloch a nie gazeta Więcborska. Owszem gazeta Więcborska zapytała Panią Szypryt na wniosek Zygfryda Bloch czy Bary działają legalnie i odpowiedz była jednoznaczna tak działają legalnie jednak lokale w których działają muszą zostać przekształcone co obecnie ma miejsce. Podczas mojej rozmowy z Tomaszem Heltem usłyszałem że bary ruszą jeszcze w tym miesiącu. Nadmieniam, że dzięki mojej interwencji nikt nie poniósł żadnej kary finansowej za złamanie prawa budowlanego. Winę za zamknięcie tych barów jak i pozostałych lokali ponosi Burmistrz Więcborka i Urząd Miejski w Więcborku który miał obowiązek zażądać przekształconych lokali zanim wydał decyzję i zgodę na prowadzenie działalności gospodarczej wszystkim podmiotom gospodarczym które dziś są poszkodowane przez nieudolnych urzędników. To ci urzędnicy mają obowiązek naprawić popełnione błędy wobec więcborskich firm aż dziw bierze, że przez 18-lat tak zwanej wolnej polski urzędasy w Więcborku moim zdaniem celowo łamali prawo by jak to pisze w WK Pan Bloch pobrać 3000 zł. łapówki za zgodę na otwarcie Baru co osobiście go dotknęło. Jeszcze raz podkreślam żadnych donosów nigdy nie składałem składał je wielokrotnie Bloch i Pan P. z Wiadomości Krajeńskich. Kończąc mam propozycję o anulowanie wszystkim przestępcą wszystkich kar a prawa i kodeksy najlepiej spalcie i ogłoście tu anarchie bo poco antek z Lubczy czy Jola z Zgniłki mają płacić kary Sądowe za jazdę po pijaku skoro wedle formułowiczów prawo w tej gminie i powiecie nie musi a nawet nie powinno obowiązywać!!! Tomasz Bracka
|
Mniej mieszkań sprzedaje się na rynku wtórnym Gazeta Prawna 08.08.2008 07:21 Rynek mieszkań. Spada popyt na mieszkania na rynku wtórnym, kupujący mogą na nim przebierać w ofertach i notowane są na przemian wzrosty i spadki cen. Rozpoczął się więc dobry czas dla kupujących, bo - jak przewidują specjaliści finansowi - nie zdrożeją kredyty w złotówkach. Najwięcej za używane mieszkanie trzeba zapłacić w Sopocie. W czerwcu metr kwadratowy lokalu był tam wyceniany na ponad 11 tys. zł - o 2,4 proc. więcej niż w maju. Jeszcze na początku roku cena lokalu była wyższa tylko o ponad 1 proc. W Gdańsku i Gdyni wartość mieszkań wzrosła najszybciej w kraju: odpowiednio o 2,9 proc. i 4,6 proc. - pisze "Gazeta Prawna". Zaniepokojeni mogą być sprzedawcy mieszkań w Krakowie. Tylko przez miesiąc lokale straciły na wartości ponad 3 proc., a od początku roku już blisko 5 proc. Podobna sytuacja jest w Opolu. Trudno jest również zarobić na używanym mieszkaniu na Śląsku, gdzie wartość metra kwadratowego spadła od początku roku o ponad 8 proc. i w Łodzi, gdzie spadła o blisko 6 proc. Oba miasta odrabiają już straty, bo w ciągu ostatniego miesiąca mieszkania podrożały tam o ok. 1 proc. Natomiast wartość metra kwadratowego w Warszawie w ciągu ostatniego miesiąca wzrosła o 0,6 proc. do 9,5 tys. zł. W czerwcu najniższe ceny za mieszkania notowano w Katowicach, Bydgoszczy i Opolu - po ok. 4,3 tys. zł/mkw. Za 50-metrowe mieszkanie w stolicy Górnego Śląska trzeba było zapłacić ponad 215 tys. zł. Dla porównania w Poznaniu było to 290 tys. zł, w Gdańsku 348 tys., we Wrocławiu 363 tys., a w Warszawie prawie 480 tys. zł (według raportu Oferty.net i Open Finance). http://budownictwo.wnp.pl/mniej-mieszka ... 1_0_0.html |
Oj stare czasy panie adminie. Kiedys to gdzie indziej byla pakowalnia, gdzie indziej byl magazynek i gdzie indziej pomieszczenie do testowania sprzetu w sumie bylo to rozrzucone po calym miescie i bylo to dosc uciazliwe. Udalo sie jednak w koncu znalezc lokal i od wakacji zeszlego roku dysponujemy duzym lokalem ktory zostal oddany od uzytku kilka dobrych miesiecy temu. Teraz w koncu wszystko jest w jednym miejscu. 115 metrow powierzchni wystawowej, do tego salka odsluchowa o powierzchni okolo 10 metrow kwadratowych, do tego biuro, magazyn i pakowalnia. W ostatnich dniach doszlo jeszcze "mini pietro" na ktorym trzymane sa tez zestawy perkusyjne poniewaz po dostawach rozlezenie kazdego modelu jest niemozliwe gdyz sie po prostu wszystko nie miesci. Swoja droga dzisiaj u nas w sklepie byl Workshop i prezentacja Adama Buczka, relacje bedzie mozna poczytac w nowym dwumiesieczniku TopDrummer. Tak wiec nie dam sobie juz nigdy wiecej przykleic etykietki typowego sklepu internetowego, gdyz takowym tylko i wylacznie nie jestesmy. Z tego co rozmawialem z Tomkiem Stukanem wiem ze to co ma na stornie u siebie ma tez na stanie czyli dostpene w wiekszosci od reki i za ygo chwale bo wiele sklepow TYLKO internetowych ma oferte na 10000000000 pozycji z czego w MAGAZYNIE (jak to nazywaja internetowcy) "czyli w duzym pokoju lub lazience mieszkania" nie ma praktycznie nic. I tka wlasnie tworzy sie zludne wrazenie wielkosci i gigantycznosci sklepu. Doszedlem wiec do wniosku zeby zlamac pewien stereotyp i wyjsc naprzeciw innym sklepom typowo internetowym na nowej wersji stornki drumcenter bedzie tzw status dostepnosci sprzetu od reki, status towaru chwilowo niedostpenego oraz status towarow na zamowienie. Niebawem wrzuce aktualne fotki sklepu Pozdro all |
Jesteśmy po pierwszym koncercie w Rzeszowie... Nie obyło się bez kilku problemów... Koncert zaczął się 3 godziny później bo w sali teatralnej nad lokalem polska TV nagrywała jakieś folkowe granie i musieliśmy czekać aż skończą. Poza tym Retribution musiało zagrać z jednym gitarzystą bo drugi niestety nie mógł dojechać. Ale ogólnie było git - publika dopisała (jak na poniedziałek - ok.70 osób) i bawiła się zajebiście na wszystkich kapelach mimo, że impreza skończyła się dobrze po 01.00 w nocy. Kraków - średni gig i średnia frekwencja (ok. 60 osób). Z ciekawostek - w supportującym nas HUGE CCM na garkach grał jeden z kolesi z kabaretu Łowcy. B Bielsko-Biała - zajebisty klub, mało ludzi (ok. 40) i prawie doszło do bójki z właścicielem który okazał się jebanym kutasem. Ogólnie: jebać Gilotynę Częstochowa - tym razem publika dopisała! Ponad 100 osób!!! Sądzę że to zasługa tego że na tym gigu wspierał nas zespół Horrorscope. Nie obyło się jednak bez przygód bo manager klubu próbował nas przekręcić na kasę... jednak krótka rozmowa z właścicielem lokalu wyjaśniła całą sprawę... Wrocław - od tego miasta dołączył do nas nasz wokal Doman co pozwoliło mojemu gardłu odpocząć Bydgoszcz - paskudne miasto, chujowa publika, niska frekwencja... jedyny plus to naprawdę dobrze przygotowany lokal... Toruń - bez dwóch zdań najlepszy gig na trasie! Grubo ponad sto osób, świetne przyjęcie wszystkich kapel + ciężkie picie i wygłupy na afterparty Warszawa - koncert musiał zostać odwołany z powodu braku zainteresowania. Opoczno - jak zwykle pokazało klasę. Szkoda tylko, że to ostatni koncert jaki odbył się w 'Rybce' |
Któregoś pięknego wieczoru zostałem siłą zaciągnięty do pewnego lokalu we Wrzeszczu. Progi te przestąpiłem pierwszy raz w moim już niekrótkim życiu. Lokal nazywał się Cristal. Opowieści o odbywających się tam imprezach dochodziły co jakiś czas do mych małżowin usznych i skutecznie się od nich odbijały. Natomiast tego wieczoru zostałem wręcz zaszantażowany przez mych kolegów: - No chodź z nami. Co ty będziesz w ŚRODĘ w domu siedział ? Albo pójdziesz z nami, albo jesteś ..... Chcąc, niechcąc założyłem garnitur (na disco w garniturze :)))) ) i wyruszyłem na podbój słynnego parkietu. To co ukazało się mym oczom przeszło najśmielsze oczekiwania. Na wejściu jakiś Rysio kazał sobie dać po dychu od łebka do kieszeni. O.K - dostał. Koleś przy wejściu na piętrze też chciał. O.K. - nie dostał :-). Kazałem mu iść do Rysia. Nie poszedł. Na sali dziewczęta po ok. 15 lat ze starymi dziadami po 70 lat (ja tak też chce na starość :)) ). Te starsze widać że też przyszły na łowy. No cóż - ja jako zaobrączkowany nawiązałem kontakt w ciągu 5 minut tylko z mniej więcej 10 ponętnymi paniami. I każda nie wiadomo czemu coś ode mnie chciała. Kolegom nie szło tak dobrze ( a koledzy ładni, przystojni w kółko goleni, nic tylko do kompanii honorowej :-) ) - czyżby to moje łysiejące zakola i niegolona broda powodowały takie zainteresowanie ? Piwo 10 zł. Trudno, co począć. Jedno kupiłem a po kilka następnych przeszedłem się 100 m. do sklepu. Dla czytających z default - w Gdańsku lokale, gdzie piwo kosztuje więcej niż 7 zł. uważane są za "luksusowe". To tak jak z jakąś wódką sprzedawaną w Stanach. Recznik ktoregoś z Polmosów wyjaśniał na czym rzecz polega: ustalamy cenę za flaszkę 100 $ i wódka uzyskuje automatycznie status "z wyższych sfer". Cała śmietanka Waszyngtonu i Hollywood chleje wódę, zachwala, rzyga, wręcza medale i nagrody i znowu pije. A jest to tak naprawde gorszy syf niż Żytnia z polmosu w Siedlcach. Ale wróćmy do tematu. Po którymś tam wywarze z chmielu postanowiłem udać się tam gdzie i król czasami przebywa. Powitała mnie jakaś starsza miła Pani rodem z dworcowych kibelków. Zielony fartuszek, stolik, krzesełko, talerzyk. Wypisz wymaluj mama Ryśka. Ucieszyłem się gdyż lubię rodzinne interesy: - Dzień dobry - mówię. Kobieta widać że zdecydowana na wszystko: - Złotówka się należy - odpowiedziała Ryszarda. W związku z tym że jestem raczej mało konfliktowy, zapłaciłem. Weszłem do pierwszych drzwi i oczom mym ukazał się widok niczym z Polsatowych, późnonocnych filmów. Panie poprawiały biusty, malowały usteczka, dopieszczały makijaż. Bogu dzięki z natury jestem opanowany, ale i żywiołowy. Grzecznie powiedziałem " O Dżizas! - Dobry wieczór" i zamknąłem drzwi. Wróciłem do Ryszardy. - Przepraszam ale ja chciałem do męskiego ... - Ubikacja jest zbiorcza ! Niepewnie odwróciłem się o 180 stopni i tym razem otworzyłem drugie drzwi. Jest! Pisuar grzecznie czekał w kącie. Następne chwile pominę milczeniem, powiem tylko, że ulżyło :-). Wychodząc natknąłem się na kolejne dziewczę podążające w dzikich pląsach na parkiet. Jakiś dziwny szmer za plecami zwrócił moją uwagę. To Ryszarda dziarsko trzymając miotłę w dłoni wkroczyła na parkiet za piękną nieznajomą. - Złotówka się należy za ubikację !!! - wrzasnęła w jej stronę przytłumiając muzykę. Jeśli ktoś twierdzi że w przyrodzie burak ma najintensywniejszy odcień czerwieni, to się myli. To co zobaczyłem na twarzy speszonej dziewczyny przerasta wszelkie pojęcie o kolorach. Podniosłem szczękę i krzyknąłem w kierunku stojących (bo usiąść nie było gdzie) kolegów: - Eeee ! Wychodzimy ! Wychodząc Rysiowi coś się chyba popieprzyło, bo znowu chciał dychę ;-). W odpowiedzi otrzymał co następuje: - Proszę bardzo! Może mnie Pan umieścić na tej swojej tablicy! Do Bydgoszczy będę jeździł, a tu więcej nie przyjdę! I tak oto mamy przykład jak "dyskotece" "ekskluzywnej" słoma z butów wyłazi. pozdrawiam |
Załamania na rynku nieruchomości nie będzie Agnieszka Zielińska 08.07.2008 09:37 Firmy deweloperskie muszą się liczyć z konsolidacją, ale o załamaniu koniunktury nie ma mowy... - W kilku ważnych ośrodkach kraju popyt na mieszkania jest wciąż niezaspokojony â uważa Tomasz Łapiński, dyrektor finansowy firmy Ronson. âźPuls Biznesuâ: Rynek mieszkaniowy ogarnęła stagnacja. Deweloperzy narzekają na spowolnienie sprzedaży i gwałtowny spadek liczby klientów. Jak to wygląda z waszej perspektywy? Tomasz Łapiński: Nie odczuwamy spadku zainteresowania. Gdy ostatnio rozpoczęliśmy sprzedaż drugiego etapu Imaginarium â naszej inwestycji na warszawskich Bielanach, przed siedzibą firmy ustawiła się kolejka chętnych. Czterdzieści procent mieszkań sprzedaliśmy w ciągu zaledwie tygodnia. Zainteresowanie przeszło nasze oczekiwania. Jaka jest recepta na sprzedaż mieszkań w ciężkich czasach? My budujemy mieszkania dla klasy średniej. To nie jest ani segment luksusowy, ani popularny. Oferujemy za to lokale w bardzo dobrej lokalizacji. Kompleks Imaginarium usytuowany jest na Żoliborzu, w pobliżu Lasku Bielańskiego. Jego atut to m.in. dogodna komunikacja. Poza tym każdą inwestycję dzielimy na etapy, które sukcesywnie realizujemy, co pozwala na efektywną sprzedaż. Staramy się również, aby nasze projekty nie konkurowały ze sobą. Zależy nam także na tym, aby wyróżniały się od innych, położonych w najbliższej okolicy, zarówno architekturą, standardem, jak i jakością wykończenia. Moim zdaniem, niektórzy deweloperzy mają problemy ze sprzedażą, gdy wprowadzają na rynek duży projekt mieszkaniowy, nie dzieląc jego realizacji na etapy. Taki produkt z reguły trudniej się sprzedaje. Rywalizacja pomiędzy deweloperami jest coraz ostrzejsza. Firmy konkurują ze sobą jakością wykończenia i lokalizacją. Czy macie jeszcze jakieś atuty? Mieszkania kupują zwykle ludzie bardzo zapracowani. Dlatego stworzyliśmy mobilny dział sprzedaży. Staramy się dotrzeć do klienta w wybranym przez niego miejscu, nawet w pracy. Które miasta, poza Warszawą, są w tej chwili dla was szczególnie interesujące? Polska stwarza deweloperom szerokie perspektywy. Rynek mieszkaniowy nie koncentruje się u nas na stolicy kraju. Mamy kilka dużych ośrodków miejskich, w których popyt na nowe mieszkania jest wciąż niezaspokojony. Dlatego budujemy nie tylko w stolicy, ale już wkrótce także w Poznaniu, Wrocławiu i Szczecinie. Inwestycje w regionach traktujemy długofalowo. Zazwyczaj w jednym mieście mamy kilka projektów mieszkaniowych. Rozważamy również inwestycje w kolejnych aglomeracjach, jak Trójmiasto, Bydgoszcz i Toruń. Czy grozi nam przegrzanie koniunktury, jak np. w Hiszpanii i Irlandii? Dobry okres dla rynku mieszkaniowego w tych krajach trwał co najmniej kilkanaście lat. Był to także czas systematycznego wzrostu cen. U nas koniunktura pojawiła się dopiero w 2005 r., wraz ze spadkiem stóp procentowyc h i zwiększeniem dostępności kredytów. Te kilka lat to za mało, aby zaspokoić ogromne potrzeby. Nie wierzę również, że dojdzie do gwałtownego spadku cen mieszkań. Koszty gruntów robocizny i materiałów budowlanych idą w górę. W warunkach rosnącej inflacji trudno liczyć na znaczące obniżki cen mieszkań. Wzrost oprocentowania kredytów najszybciej odbije się za to na segmencie lokali popularnych. Rezultatem może być spadek zainteresowania nabywców. W najtrudniejszej sytuacji będą mali deweloperzy. Przejęcia staną się nieuniknione. Deweloperzy nie mogą też na razie liczyć na dobre wieści z giełdy. Obecna sytuacja na giełdzie ogranicza zdobywanie kapitału z tego źródła. Ten rynek jest więc na razie dla deweloperów definitywnie zamknięty. Za rok sytuacja powinna się jednak poprawić. Firma Ronson działa w Polsce od 2000 r. Do tej pory sprzedała łącznie ponad 1100 mieszkań. Budowała głównie w Warszawie. Zrealizowała m.in. osiedle Pegaz na Mokotowie, Meridian, Słoneczny Skwer i Lazurową Dolinę. Obecnie buduje domy w zabudowie bliźniaczej w Konstancinie, osiedla Imaginarium i Galileo w Warszawie. Jednocześnie przygotowuje aż 26 nowych inwestycji, w tym poza Warszawą. Ronson ma też spory bank ziemi we wszystkich większych miastach w Polsce. http://pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=1f ... 6&open=sec |
Fikłem ![]() Impreza bardzo udana ![]() Włocławskie Imperium to świetna imprezownia - przyjemny klimat, tanie alko, dobry dźwięk, otwarcie na różnorodne formy clubbingu, zero żuli i gitów... W Toruniu brakuje właśnie takiego lokalu ![]() Było sążnie - progresywnie... Dzięki za zaproszenie - fajnie się grało ![]() Pozderki dla obecnych hi hi ![]() |
Nadpłacona kwota za grunt Geneza problemu Na wskutek sprzedaży przez właściwe Regionalne Oddziały Wojskowej Agencji Mieszkaniowej i przeniesienia własności nieruchomości lokali wraz z współwłasnością gruntu pod budynkami, pod którymi mieściły się przedmiotowe lokale cena ustalona przez rzeczoznawcę majątkowego uwzględniała tylko bonifikatę lokalu. Grunt stanowił 100% ceny wartości rynkowej. Sprzedający ustalał cenę sprzedaży lokalu w oparciu o brzmienie art. 58 ust. 1 ustawy o Zakwaterowaniu Sił Zbrojnych RP , czyli jak wskazano na wstępie według wartości rynkowej określanej przez rzeczoznawcę majątkowego. Bonifikata obejmowała jedynie lokal. Uprawnienie te uzależnione było wysługi lat, jak przysługiwała kupującemu ( pomniejszenie o 3% za każdy rok podlegający zaliczeniu do wysługi lat, od której zależy wysokość uposażenia według stopnia wojskowego Wybrane podstawy prawne uzasadniające zwrot nadpłaconej kwoty za grunt 1. Art. 3 ust. 2 ustawy z dnia 24 czerwca 1994 roku o własności lokali w brzmieniu: „ Udział we współwłasności gruntu pod budynkiem, w którym znajduje się lokal oraz udział we współwłasności powierzchni wspólnej budynku jest prawem związanym z prawem własności lokalu” a w ślad za tym zgodnie z art. 50 kc częścią składową nieruchomości. Zatem jak wynika z powyższego cena powinna ulec bonifikacje w stosunku do całego lokalu , a zatem do jej części składowych. Niedopuszczalne jest przecież sprzedaż rzeczy bez jej części składowych. Cena za wyodrębnienie i przeniesienie własności lokalu w ramach umowy powinna obejmować cały lokal wraz z częściami składowymi., a więc także gruntu pod budynkiem, w którym znajduje się lokal oraz wszystkich powierzchni wspólnych tegoż budynku. Powyższe znajduje także pogląd w orzecznictwie Sądu Najwyższego. 2. Art. 58 kc w aspekcie nieważności określenia wysokości ceny Cena została ustalona przez Skarb Państwa – Wojskową Agencję Mieszkaniową bez możliwości jakiejkolwiek negocjacji. Powyższa okoliczność jest bezsporna: dowód- protokół. Należy wskazać, że wskazane powyżej przepisy prawne nie mogą być podstawą dochodzenia roszczenie w przedmiotowej sprawie w wszystkich przypadkach, ze względu na szeroką materię dotyczącą problematyki bonifikaty za grunt i jej specyfikę oraz zmianę przepisy art. 58 ustawy o Zakwaterowaniu Sił Zbrojnych RP , poprzez dodanie ustępu 2b ( dodany przez art. 8 pkt. 9 litera a ustawy z dnia 5 grudnia 2002 roku o zmianie ustawy o zasadach wykonywania uprawnień przysługujących Skarbowi Państwa, ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych oraz niektórych innych ustaw ( Dz. U z 2002 .240.2055) w brzmieniu: „… pomniejszeń o których mowa w ust. 2,nie stosuje się do wartości prawa własności ułamkowej części gruntu przypadającej na dany lokal mieszkalny”. Zatem, pomniejszenie dotyczące udziału we współwłasności gruntu może być podstawą dochodzenia nadpłaty za grunt w okresie podpisania umowy, w którym wskazany powyżej przepis nie obowiązywał. Wytoczyć powództwo według właściwości miejscowej ( siedziby) Oddziału Regionalnego Wojskowej Agencji Mieszkaniowej. Jeżeli np. umowa przenosząca własność nieruchomości podpisywana była Wojskową Agencją Mieszkaniową Oddział Bydgoszcz należy wnieść pozew do Sądu Rejonowego w Bydgoszczy Wydziału Cywilnego 1. Kto powinien wystąpić z powództwem? Obie strony podpisujące właściwą umowę. W omawianym przypadku w większości będą to solidarnie oboje małżonkowie np. Jan Kowalski i Halina Kowalska. Z ostatniej chwili: Dowiedzieliśmy się, iż w dniu 12 kwietnia 2007 roku, Sąd Okręgowy w Bydgoszczy rozpatrując apelację WAM od korzystnego dla żołnierza wyroku, skierował pytanie prawne do Sądu Najwyższego dotyczące rozpoczęcia biegu terminu przedawnienia, mianowicie: - od dnia zawarcia umowy - od dnia zapłacenia ceny Termin jest tylko roczny i do tej pory w orzecznictwie przyjmowano, iż biegnie od daty zapłącenia ostatniej raty (ceny w całosci) Miejmy nadzieję, iż SN nie zmieni tego poglądu, gdyż w stanie prawnym do dnia 15 stycznia 2003 roku, nikt z WAM nie przegrał. Za grunt zgodnie z art. 58 ust. 2 płącić się powinno do tej daty cenę z bonifikatą, a nioe 100%, dopiero wprowadzony w dniu 15 stycznia 2003 roku przepis art. 58 ust. 2 b zniósł tę zasadę Zainteresowani mogą się kontaktować A&J _________________ A&J _________________ Kancelaria A&J Consulting ....nfow.pl/kancelaria-prawna/ tel. (52) 373-35-51 lub 373-96-51 kom. 501-212-264 lub 508-303-935 _________________ |
|
Małe piwo coraz mniejsze - Remigiusz Okraska Piwo można lubić lub w ogóle go nie pić. Ale niezależnie od tego, sytuacja na rynku spożycia złocistego napoju jest jednym z najlepszych przykładów, jak przebiega proces globalizacji i jakie są jego skutki. Niczym w soczewce skupiają się tu najbardziej destruktywne zjawiska: koncentracja kapitału, finansowy drenaż lokalnych rynków, niszczenie miejsc pracy, zanik różnorodności, odbieranie konsumentom swobody wyboru itp. Dwa obrazki z pianką Rok 1996, piesza wędrówka po Suwalszczyźnie. W każdym wiejskim sklepiku można kupić 4-5 gatunków piwa z Browaru Północnego w Suwałkach, ze sztandarowymi "Wigrami" na czele. Piją je tu wszyscy - starzy i młodzi, miejscowi i turyści, zamożni i bezrobotni. W wielu sklepach można kupić też "EB", wówczas bardzo popularne i silnie reklamowane, z wykupionych przez kapitał australijski browarów w Elblągu i Braniewie. W większych miejscowościach pojawia się też "Żywiec" - innych piw z dużych, ogólnopolskich browarów nie spotykamy przez 3 tygodnie włóczęgi, dopiero w jej ostatni dzień, w knajpie obok dworca w Suwałkach, dostrzegamy "Tyskie Książęce". Ta sama Suwalszczyzna 6 lat później. W każdym wiejskim sklepiku są: "Tyskie", "Lech", "Żywiec", "Warka Strong", "Okocim Mocne", czasem zdarza się coś z Browaru Dojlidy lub z Łomży. Na samym końcu półek albo na ich najniższych partiach, jakby wstydliwie ukryte, stoją wspomniane już "Wigry". Innych produktów lokalnego browaru, odległego o 15-30 kilometrów od trasy naszej wędrówki, nie ma prawie nigdzie - w jednym sklepie natykamy się na "Mocne". Piją je głównie rolnicy, bezrobotni, emeryci - młodzież i ludzie zamożniejsi już nie, oni sięgają po marki reklamowane w TV. To samo z knajpami - króluje "Lech" i "Tyskie", te "lepsze" serwują "Żywiec", lane "Wigry" udaje się nam spotkać w dwóch sympatycznych, choć spelunkowatych lokalach w malutkich wioskach. Monopol niepaństwowy Nic dziwnego - te 6 lat dzielących oba wakacyjne wyjazdy to w Polsce okres bardzo intensywnej ekspansji zagranicznych koncernów piwnych. Zaczęła się ona w pierwszej połowie lat 90., kiedy to ruszył proces prywatyzacji państwowych browarów. Browary Wielkopolskie i browar w Tychach przechodzą w prywatne ręce polskich i zagranicznych udziałowców - tych pierwszych reprezentuje m.in. Jan Kulczyk, drudzy to wielki koncern SAB (South African Breweries) z RPA. SAB pod koniec lat 90. łączy oba te browary w strukturę o nazwie Kompania Piwowarska, która 2 lata temu "połknęła" jeszcze Browar Dojlidy. Na szczeblu globalnym SAB zostaje w drodze fuzji połączony z amerykańskim gigantem browarnictwa - koncernem Miller Brewing Company. Dziś SABMiller to drugi w skali globu producent piwa, obecny w kilkudziesięciu krajach. Najbardziej popularne w Polsce jego marki to "Tyskie", "Lech", "Lech Mocny", "Pilsner Urquell", "Dębowe", "Żubra" i napój piwny "Redd's". Podobnie wyglądał proces prywatyzacji innego dużego browaru - w Żywcu. Tym razem głównym graczem był holenderski koncern Heineken, który swym zasięgiem obejmuje 180 krajów i jest trzecim pod względem wielkości producentem piwa w skali globu. W 1998 r. utworzono Grupę Żywiec z połączenia zakładów w Żywcu i firmy Elbrewery Company Ltd., która w pierwszej połowie lat 90., bazując na kapitale australijskim, kupiła browary w Elblągu i Braniewie. Rok temu doszło do fuzji Heinekena z austriackim koncernem Brau Union, więc w następstwie tej operacji połączono także polskie struktury obu podmiotów - Grupę Żywiec z Brau Union, która działała w Polsce od II połowy lat 90., posiadając browary w Warszawie, Bydgoszczy i Rakszawie na Podkarpaciu. Obecnie GŻ to browary w Żywcu, Elblągu, Warce, Leżajsku, Cieszynie (Browar Zamkowy) i Bydgoszczy (Browar Kujawiak). Najbardziej znane marki GŻ to: "Żywiec", "Warka", "Warka Strong", "Heineken", "EB", "Tatra" (i wersja mocna"), "Leżajsk", "Królewskie", "Kujawiak", "Specjal", "Hevelius" i "Brackie". Trzeci wielki, ponadnarodowy gracz na polskim rynku, to Carlsberg - duński potentat piwny, który pod koniec lat 90. ostatecznie przejął znany browar Okocim, a wkrótce utworzył dużą grupę, obejmującą zakłady w Brzesku, Szczecinie (Bosman), Sierpcu (Kasztelan) i Wrocławiu (Piast). Dziś główne marki Carlsberg Polska to: "Okocim" (i wersja "mocna"), "Harnaś", "Kasztelan", "Bosman", "Piast", "Volt" i napój karmelowy "Karmi". Gdy piszę te słowa, giganci opanowali łącznie ok. 88 procent polskiego rynku piwa: ok. 37% należy do Grupy Żywiec, ok. 36% do Kompanii Piwowarskiej, a Carlsberg Polska ma prawie 15%. Ich rozrost dokonuje się kosztem małych, lokalnych browarów. Stale rosną także zyski, bo wzrost sprzedaży piwa wynosi w Polsce co roku kilka procent, a największy jego udział przypada właśnie na najpopularniejsze marki i największe browary - tu dochodzi do kilkunastu procent. Gardło polskie - piwo nie Zjawisko to ma konkretny wymiar ekonomiczny. Znaczna część zysków z produkcji piwa opuszcza Polskę. Tylko biorąc pod uwagę liczby przywołane powyżej, okazuje się, że niemal 9 na 10 piw wypijanych w Polsce oznacza zasilanie kasy wielkich, ponadnarodowych koncernów. Mówienie o "polskim piwie" jest już tylko ponurym żartem, bo skala inwazji w tej branży jest jedną z większych w całej gospodarce - trudno znaleźć inny sektor, gdzie niemal 90% rynku byłoby opanowane przez zaledwie trzy zagraniczne koncerny. To jednak nie koniec. Pod koniec ubiegłego roku pojawiły się pogłoski, że najsilniejszy gracz o wciąż polskim rodowodzie, Browary Polskie Brok-Strzelec S.A., mający ok. 2-3-procentowy udział w rynku, zostanie sprzedany zagranicznemu inwestorowi (nb. zaledwie 4 lata temu sam Brok przestał być własnością niemieckiego koncernu Holsten, który wycofał się z polskiego rynku; w skali świata Holsten został w ub. r. połknięty przez Carlsberga...). I oto 4 kwietnia ogłoszono, że nowym właścicielem Broka-Strzelca - browarów w Koszalinie i Jędrzejowie oraz ich marek piwa - został skandynawski koncern Danske Bryggerigruppen (Danish Brewery Group), znany m.in. jako producent marki "Faxe". Ma on silną pozycję w krajach skandynawskich, a teraz planuje uszczknąć kawałek naszego rynku piwa - przejęcie Broka-Strzelca daje mu niezły start w Polsce północno-zachodniej oraz na Śląsku i w Małopolsce. Jakby mało było tego nowego nieszczęścia, skandynawski koncern kupił od dotychczasowych właścicieli Broka-Strzelca także posiadane przez nich 22% udziałów Browarów Lubelskich, jednego z największych polskich niezależnych browarów, mającego zakłady w Lublinie i Zwierzyńcu, o bardzo silnej pozycji w regionie, znanego głównie z piwa "Perła". Kolejne 26% udziałów Browarów Lubelskich sprzeda skandynawskiemu koncernowi Bank Gospodarki Żywnościowej - zatem nowy właściciel ma już prawie połowę udziałów. Trudno o gorszą wiadomość, bo Browary Lubelskie były w obliczu pogłosek o sprzedaży Broka-Strzelca niemal ostatnim poważnym "szańcem" polskiego piwowarstwa. W zasadzie z większych i wciąż polskich producentów piwa ostał się obecnie tylko Browar Łomża - jeśli i on padnie ofiarą przejęcia przez któryś z koncernów (takie zakusy istnieją od dawna), to łączny udział wszystkich kilkudziesięciu polskich browarów w krajowym rynku piwa skurczy się do... 1-2%. Oczywiście jest to problem ekonomiczny, nie zaś ideologiczny. Nie należy absolutyzować "obcości" danego producenta. Browar w Lwówku Śląskim ma niemieckiego właściciela, lecz produkuje znakomite piwa, wyznaczając nowy standard w tej dziedzinie na polskim rynku. Browar Belgia z Kielc, własność kapitału belgijskiego (jedyny duży browar w Polsce niebędący własnością któregoś z trzech potentatów), od początku działalności promuje nieznane w Polsce gatunki, m.in. piwo górnej fermentacji "Palm" czy "niegatunkowego", lecz smakowo oryginalnego "Fratera". Jednak wyjątki potwierdzają regułę, gdyż właściciele tych dwóch browarów robią coś zupełnie innego niż "wielka trójka": oprócz ilości/masowości stawiają na jakość/różnorodność. Po browarach do celu Jeśli spojrzymy na "mapę" polskich browarów z roku 1990 i porównamy ją z tą o 15 lat starszą, stwierdzimy obecnie znacznie mniejszą liczbę browarów. Tadeusz Kaczmarek w "Księdze piw i browarów polskich" (1994) opisuje ok. 90 browarów na terenie kraju (w połowie lat 90. ich faktyczna liczba przekroczyła setkę), zaś autorzy wydanego 8 lat później "Przewodnika piwosza" - o ponad 30 mniej. Od czasu edycji tej ostatniej książki żywot zakończyło kolejnych kilka browarów, podobna ilość następnych znajduje się w stanie bliskim upadku. Część istniejących do niedawna zakładów piwowarskich nie wytrzymała konkurencji (o czym niżej), jednak sporo z nich zostało zlikwidowanych przez wielkie koncerny piwne. Kupowały one odziedziczone po PRL-u regionalne zrzeszenia piwne i likwidowały niemal wszystkie browary wchodzące w ich skład - te małe, w mniejszych miejscowościach - zostawiając tylko zakłady w dużych miastach i o największych mocach produkcyjnych. Oprócz tego nabywały duże browary w znanych ośrodkach piwowarskich, by po kilku latach zlikwidować je, przenieść produkcję lokalnej marki choćby na drugi koniec Polski, a atrakcyjne tereny i budynki w centrach miast sprzedać z dużym zyskiem. Było, minęło Najbardziej zaprawiona w takich działaniach jest Grupa Żywiec, która likwiduje nawet browary duże, znane i mające wieloletnią tradycję. Przed kilkoma laty zlikwidowała ona gdański Browar Hevelius, o ponad stuletniej tradycji - nieruchomości zostały sprzedane, lokalna marka piwa jest warzona gdzie indziej, wiele osób straciło pracę, zaś władze miasta nie zdołały przekonać sądu, że zostały przez inwestora oszukane, bo kupując browar zapowiadał on produkcję i inwestycje, nie zaś szybką likwidację. Z kolei dwa lata temu GŻ zlikwidowała browar w Braniewie, działający od półtora wieku. Z obietnic rozkręcenia w zamian produkcji soków przez firmę Dr Witt, która kupiła browar od GŻ, nie wyszło nic. Niespełna rok temu, po fuzji z Brau Union, władze GŻ zamknęły działający od ponad stu lat browar w Warszawie - znów ponad 100 osób straciło pracę, nieruchomości sprzedano, a tamtejsze piwo "Królewskie" robione jest w należącym do koncernu browarze w Bydgoszczy. Mniej spektakularne poczynania likwidatorskie Grupy Żywiec to zamknięcie browarów w Bielsku-Białej i Łańcucie. Wyjątkowo perfidna jest przy tym strategia likwidatorska tego koncernu - nie tylko zamyka on dany zakład, ale w umowie o sprzedaży nieruchomości (lub prawdopodobnie przynajmniej w umowie "na gębę") zawiera warunek, że nie można w byłym już browarze wznowić produkcji piwa. Takie poczynania spotkały się z krytyką wielu środowisk i chyba tylko temu zawdzięczamy, że gdy w ubiegłym roku po fuzji z Brau Union GŻ chciała zlikwidować podrzeszowski browar "Van Pur", to ostatecznie sprzedano go polskim właścicielom i nadal warzone jest tam piwo. Wchłonięta rok temu przez Grupę Żywiec polska filia Brau Union stosowała nieco mniej drastyczne metody - te z niepotrzebnych jej browarów, które chciał kupić ktoś inny, trafiały w ręce nowego właściciela, ale bez praw własności do tradycyjnych marek, znanych konsumentom. Tak stało się z browarami w Grudziądzu i Ciechanowie - mają dziś polskich właścicieli, ale muszą od zera pracować na swoją renomę, mimo iż to właśnie w nich przez dziesiątki lat warzono gatunki, które później przejął zagraniczny koncern (często tylko po to, by zaprzestać ich produkcji...). Inny potentat, Carlsberg-Okocim, w 2001 r. zamknął działający od ponad 150 lat browar w Krakowie przy ul. Lubicz. W połowie ubiegłego roku jego ofiarą padł Browar "Piastowski" we Wrocławiu, istniejący od ponad stu lat, znany przede wszystkim z piwa "Piast". Znacznie zmniejszono w nim zatrudnienie, zakończono warzenie, choć funkcjonuje jeszcze jako rozlewnia piwa wyprodukowanego w innych browarach koncernu. Likwidacji udało się uniknąć pozostającemu przez kilka lat pod kontrolą tej firmy browarowi w Chociwlu, choć były takie plany, a nawet przestój w produkcji - teraz ma polskich właścicieli i nadal robi piwo. Skonsolidowani na amen Kompania Piwowarska w ostatnich latach nie zlikwidowała żadnego browaru. Należy jednak pamiętać o tzw. konsolidacji branży piwnej zanim została ona ostatecznie wykupiona przez potentatów. Gdy ci ostatni byli już częściowymi udziałowcami, ręka w rękę z ówczesnymi polskimi współwłaścicielami "oczyszczali pole" do dalszej działalności. Np. Browary Wielkopolski S.A., z których poznański "Lech" stał się później częścią Kompanii Piwowarskiej, skupiały w roku 1994 oprócz zakładu w Poznaniu m.in. browary w Grodzisku Wielkopolskim i Ostrowie Wielkopolskim - w procesie "konsolidacji" zostały one zlikwidowane. To samo Browary Tyskie uczyniły z działającym w Tychach - o jakże pięknej nazwie - Browarem Obywatelskim. Wchodzący obecnie w skład Grupy Żywiec browar w Warce zlikwidował zależny od niego zakład w Radomiu. Zanim Carlsberg całkowicie przejął wrocławski browar "Piastowski", zlikwidowano wchodzące w skład spółki Browary Dolnośląskie "Piast" S.A. browary "Mieszczański" i "Zakrzów" z Wrocławia oraz zakłady piwowarskie w Sobótce, Świebodzicach, Boguszowie, Radkowie i Ziębicach. Tak właśnie wyglądała druga strona medalu o nazwie "zagraniczne inwestycje" - niszczenie setek miejsc pracy (w browarach, u kooperantów, w transporcie itp.), często istniejących od dziesiątków lat, dewastacja substancji przemysłowej, pozbawianie lokalnych społeczności wpływów z podatków. Do tej zaplanowanej destrukcji należy dodać niemałą liczbę browarów, które nie wytrzymały presji potężnych konkurentów, zawłaszczających krok po kroku polski piwny rynek. Wolny rynek... Rynek wolny - nie dla wszystkich W teorii, na wolnym rynku konsument wybiera to, co chce, kierując się kaprysem, ceną, smakiem, opakowaniem itp. W praktyce wybiera to, co zna z reklam oraz to, co stoi na sklepowej półce. Piwne koncerny wydają ogromne kwoty na promocję - np. Grupa Żywiec ma roczny budżet reklamowy na poziomie ponad 70 milionów złotych. Przeciętny Polak dobrze wie, które piwo jest "po zbóju", zna "babiczkę pochodzącą z Chrzanowa" itp., itd. Większość osób nie rozpoznaje natomiast produktów małych, lokalnych browarów (często z rodzimego miasta), a nawet jeśli je znają, to uważają, że są gorsze jakościowo (do tego wątku wrócimy). Z kolei ci, którzy cenią marki lokalne lub z niedużych browarów, bardzo często nie mają okazji ich nabyć. W praktyce o wyborach konsumenta decyduje sprzedawca (kuszony przez duże browary np. darmowymi gadżetami czy sprzętem - lodówki na piwo), a jeszcze częściej hurtownik, niemal całkowicie niezależny i od klienta, i od drobnych handlowców. Wielokrotnie sklepikarze pytani przeze mnie, dlaczego nie mają już w ofercie lokalnego piwa, odpowiadali, że wycofała je hurtownia i nie mają skąd go brać. Właściciel niewielkiego sklepu nie pojedzie do odległego o kilkadziesiąt kilometrów małego browaru po 4 skrzynki piwa, skoro hurtownik przywiezie mu 14 skrzynek produktu z wielkiego koncernu. Hurtownik z kolei ma to, co się najbardziej opłaca, czyli masówkę znaną konsumentom z reklam - i tak wracamy do punktu wyjścia. W dodatku niektórzy wielcy producenci mają swój niezależny system dystrybucji =- firma Żywiec Trade to jeden z największych ogólnopolskich dystrybutorów piwa i napojów, ale nie sądzicie chyba, że ma w swojej ofercie produkty z małych browarów? (Za) mali Inny kłopot to skala produkcji - małe browary produkują niewielkie ilości piwa. Nie może ono więc być dostępne zawsze i wszędzie, zwłaszcza, że nikt nie potrafi przewidzieć, iż np. lato będzie wyjątkowo upalne i popyt na piwo gwałtownie wzrośnie - odpowiedź na takie zapotrzebowanie wymaga zapasów surowca, do czego z kolei potrzebny jest zapas gotówki. Oczywiście małe browary mogłyby się skoncentrować wyłącznie na lokalnym rynku, ale tu presja reklam i wady systemu dystrybucji sprawiają, że często miejscowe zapotrzebowanie jest mniejsze niż potrzeba, aby browar przetrwał. O ile starsi konsumenci często sięgają po "nasze piwo", jak powiedział mi jeden pijaczek z Czaplinka o produkcie z Połczyna-Zdroju, o tyle młodzi ludzie traktują jako "obciach" picie niereklamowanego i taniego (sic!) piwa. W efekcie małe browary sprzedają swoje wyroby gdzie się da i jak się da, ale brak zasobów finansowych na produkcję, reklamę i dystrybucję, a także ogromna konkurencja wielkich producentów, sprawiają, że cały proces jest chaotyczny i nie pozwala na skuteczne konkurowanie z gigantami. Goliaci i Dawidkowie W roku 2004 Browar Bosman w Szczecinie, wchodzący w skład Carlsberg Polska, obsługujący głównie Polskę północno-zachodnią, niemal osiągnął poziom miliona hektolitrów wyprodukowanych w ciągu 12 miesięcy. Przeciętny mały browar uwarzył w tym samym czasie 20 razy mniej piwa, a takich, które ustępowały Bosmanowi "zaledwie" 3-4-krotnie jest wśród rodzimych, niewykupionych browarów raptem kilka. Szczeciński zakład jest jednym z trzech podmiotów, które warzą piwo w ramach polskich struktur Carlsberga... Półtora roku temu moce produkcyjne poznańskiego "Lecha" wzrosły dzięki otwarciu nowej warzelni do ponad 5,5 miliona hektolitrów rocznie. Jest to mniej więcej tyle, ile w skali roku wyprodukowałoby 100 małych lub 30-50 średnich browarów, gdyby tyle ich istniało w Polsce. Poznański zakład jest jednym z trzech, które warzą piwo w ramach polskich struktur SABMillera... Te dwa przykłady obrazują problem nie tylko czysto statystyczny - w końcu wiele branż obejmuje zarówno firmy o dużych mocach produkcyjnych, jak i sporo "maluchów". Jednak specyfika produkcji piwa sprawia, że istnieje ogromny związek między skalą produkcji a jej kosztami - jest on znacznie większy niż w wielu innych branżach. Szacuje się, że koszt wyprodukowania hektolitra piwa np. w Żywcu jest ok. 8-10 razy niższy niż w Browarze Fortuna w Miłosławiu (i innych małych browarach) i ok. 5-6 razy niższy niż w browarze w Namysłowie czy w podrzeszowskim "Van Purze" (i innych "średniakach" pod względem mocy produkcyjnych). Tu rządzi wielka forsa O ile produkty małych browarów można od biedy znaleźć w sklepach, o tyle napić się takiego piwa w pijalni, pubie, restauracji czy pizzerii niemal nie sposób. O tzw. patronat nad lokalami toczy się zażarta walka - nie tylko są miejscami sprzedaży dużych ilości piwa, ale także pełnią rolę reklamy "zewnętrznej" (dla przechodniów, co ma duże znacznie przy głównych ulicach) i "wewnętrznej" (przyzwyczajają bywalców do danej marki). W walce tej małym browarom zostają do "zagospodarowania" niewielkie miejscowości, mniej prestiżowe ulice i dzielnice oraz knajpy pośledniejszej renomy. I znów chodzi o pieniądze. Patronat browaru to konkretne korzyści dla właściciela lokalu - piwni potentaci oferują za darmo nie tylko liczne gadżety (szklanki, kufle, otwieracze, podkładki, neony z logo) oraz sprzęt (stoły i ławy, parasole do ogródków piwnych, bary, lodówki), ale także - w przypadku dużych i prestiżowych pubów - gotówkę lub udział w kosztach np. remontu. Jak rok temu ujawnił w "Gazecie Wyborczej" Tomasz Prusek, autor ciekawych analiz branży, Kompania Piwowarska "odbiła" z rąk Grupy Żywiec popularny warszawski klub "Harenda" za... 2 miliony złotych. Ten sam producent piwa zapłacił za patronat nad krakowskimi "Pod Jaszczurami" kilkaset tysięcy. Gdy po akcesji do Unii Europejskiej na browary nałożono obowiązek prowadzenia tzw. składu podatkowego, co wiązało się z zapłaceniem kaucji - parę małych browarów nie było w stanie przetrwać w obliczu konieczności uiszczenia opłaty kilkuset tysięcy złotych, czyli kwoty, którą giganci wydają za patronat nad jedną popularną knajpą... Nic dziwnego, że jak Polska długa i szeroka, niemal wszystkie lokale - poza tymi bez patronatu, ale takich szybko ubywa - są opatrzone logo danej grupy piwowarskiej i tylko jej produkty można nabyć w środku. Poza kilkoma większymi browarami regionalnymi, w większości miejsc kraju patronaty mają dwaj potentaci, czasem walczy z nimi Carlsberg Polska. Wolny wybór? Jak w znanym powiedzonku Henry'ego Forda: możecie wybrać samochód dowolnego koloru, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny... Wiele piwa, mało piw Wybór konsumenta maleje także z innego powodu. Strategia wielkich koncernów jest taka, że promują kilka sztandarowych marek ogólnopolskich, zostawiają przy życiu kilka silnych marek regionalnych, a resztę likwidują bez mrugnięcia okiem. Zostaje tylko to, co można sprzedać w masowej ilości, a reklama, aby była skuteczna, musi się skupić na kilku nazwach, wbijanych nieustannie do głów. Gdy Kompania Piwowarska przejęła białostocki Browar Dojlidy, piwo "Żubr" stało się marką ogólnopolską. Inne produkty albo zlikwidowano, albo zostawiono je tylko na lokalnym rynku, skazując na powolne wymieranie. W pierwszej kolejności likwiduje się te mniej popularne i wymagające większych nakładów finansowych (np. portery) oraz takie, które mogłyby stanowić konkurencję dla "ważniejszego" produktu danej grupy. W ten sposób w ciągu zaledwie dekady przekształceń na rynku piwa, potentaci zlikwidowali kilkadziesiąt gatunków, a wprowadzili do obrotu znacznie mniej nowości. Choć brzmi to jak ponury żart, większa niż obecnie różnorodność na rynku piwa panowała w PRL-u: więcej było odmian porterów (zostało o ponad połowę mniej), koźlaków, zdarzało się piwo marcowe (nie ma go już wcale), było jedno piwo pszeniczne (teraz na rynku brak), znacznie więcej innych odmian piw ciemnych... Piwo-wędrowniczek Kiedyś o charakterystycznym smaku i innych atrybutach piwa decydowało to, z czego, jak i gdzie było wytwarzane - każdy browar miał swoją specyfikę dotyczącą np. wody czy zbiorników do fermentacji. Dziś nagminną praktyką gigantów jest warzenie danej marki poza miejscem jej tradycyjnej produkcji. Gdy Carlsberg Polska zlikwidował warzenie piwa w browarze wrocławskim, z rynku nie zniknęła bynajmniej marka "Piast" - jest wytwarzana w Brzesku lub Szczecinie. Piwo "przerzuca" się gdzie popadnie, wedle logiki zysku i wolnych mocy produkcyjnych. Można zlikwidować jakiś browar, ale utrzymać jego marki: "Hevelius" zamiast z Gdańska może być z Elbląga, "Podkarpackie" z Leżajska zamiast z Łańcuta, "Królewskie" z Bydgoszczy zamiast z Warszawy itd. A inne piwa w ogóle nie są przypisane do żadnego konkretnego miejsca, stanowiąc logo należące do całego koncernu, nie zaś specyficzny produkt danego browaru, np. "Tatrę" warzy się tam, gdzie akurat popadnie, żaden browar nie może powiedzieć, że to "jego" piwo... McDonald's w kuflu Umożliwia to standaryzacja technologii używanej w browarach. Tak jak frytki czy hamburger z McDonald'sa mają być identyczne na całym świecie, smażone wg jednej globalnej receptury i z jednakowych składników, tak samo piwa wielkich koncernów są niemal identyczne, niezależnie od miejsca produkcji. Komputerowe sterowanie, ograniczanie roli "czynnika ludzkiego" (kiedyś główny piwowar był "sercem" każdego browaru), przyspieszanie procesu produkcji (piwo krócej fermentuje i leżakuje, co ma wpływ na smak i zapach), centralne zakupy surowców, warzenie w identycznych tankofermentatorach (nie zaś w niepowtarzalnych, odmiennych w każdym dawnym browarze, otwartych kadziach fermentacyjnych) - wszystko to sprawia, że zatraca się lokalna specyfika piwa. Nie tylko jednakowa technologia stoi za tym zjawiskiem - także skala produkcji jest tu winna. Jeśli danej marki warzy się po kilkaset tysięcy czy wręcz kilka milionów hektolitrów rocznie, to nie ma szans, aby było to piwo "zadbane", oryginalne, specyficzne. Może to być tylko ujednolicona lura, spełniająca wszelkie "normy", ale pozbawiona jakiegokolwiek charakteru. Jakość inaczej Poza kilkoma wyjątkami, piwa z wielkich browarów nie tylko są pozbawione specyfiki, ale także po prostu byle jakie. Choć ich producenci podkreślają w reklamach jakość i chwalą się nagrodami, to w większości przypadków jest to wielki blef. Mało kto wie, że duże browary konsekwentnie unikają od kilku lat startu w konkursach organizowanych przez środowiska miłośników piwa. Nic dziwnego - już pod koniec lat 90. zaczęły w nich sromotnie przegrywać z produktami małych, prawie nieznanych browarów. Lepiej nie startować niż ponieść porażkę, bo tą ostatnią niezbyt wypadałoby chwalić się w reklamach. Na kilka krajowych konkursów, na których liczy się nie nachalna reklama, lecz atrybuty danego piwa, wielkie koncerny nie przyjeżdżają, bo nie mają po co i z czym. Okazałoby się, że większość najpopularniejszych w Polsce marek piwa jest produktami co najwyżej średniej klasy. Sęk w tym, że tandeta kreuje standard. Konsumenci przyzwyczajeni do popularnych marek, pitych w dużych ilościach, zaczynają ich smak i inne atrybuty traktować jako punkt odniesienia. Piwo porządne, starannie przygotowane, o charakterystycznym smaku i wyglądzie, wydaje im się dziwne, niesmaczne, a nawet podejrzewają, że jest zepsute (jak mój znajomy, pijąc produkt niewielkiego browaru z charakterystycznym dla niego lekko żelazistym posmakiem). Tym trudniej niewielkim browarom utrafić w gusta konsumentów. Ich produkty odbiegają od normy wytyczanej przez miliony hektolitrów nijakiego - "stonowanego" w smaku, zapachu, jakości piany, kolorze i nasyceniu CO2 - płynu produkowanego przez wielkie koncerny, który pewien komentator trafnie nazwał "wodą udającą piwo". Piwo samobójców Sęk w tym, że małe browary często wybierają grę w "równanie w dół". Chroniczne braki gotówki i dobrej sieci dystrybucyjnej zmuszają je do desperackich kroków, żeby tylko sprzedać cokolwiek i mieć jakieś dochody. W efekcie zaczynają robić piwo byle jakie oraz obniżać cenę - ma ona skusić konsumenta oraz pozwolić wejść do sprzedaży w sieciach hipermarketów, które przyciągają klienta "codziennie niższymi cenami". Mnożą się więc marki piwa z małych browarów, niektóre z nich oferują po kilkadziesiąt, o bzdurnych nazwach, w obskurnych opakowaniach, kiepskiej jakości i o bardzo niskiej cenie. Ta ostatnia przyciąga klientów, ale mało wymagających, najmniej zasobnych, nie przywiązanych do którejś z marek. Jednak niska cena to niski zysk, a w przypadku hipermarketów olbrzymie upusty hurtowe powodują, że cała transakcja jest na granicy opłacalności. No bo ile można zarobić na piwie, które na półce sklepowej jest po 1 czy 1,3 zł, jeśli połowę tej kwoty zgarnia sieć handlowa, do tego dochodzą koszty produkcji (surowce, energia, konserwacja urządzeń, płace, podatki)? A niskich zysków jednostkowych nie rekompensuje sprzedaż dużych ilości produktu, bo klient choćby przeciętnie sytuowany wybierze te marki, które zna z reklam. Jeśli sięgnie po "tanie piwo", to w większości przypadków się do niego zrazi - byle jaki smak, takież opakowanie - i następnym razem wybierze "produkt markowy". Zapomnij o zysku Nawet jeśli browary nie uciekają w "hipermarketyzację" produkcji, to i tak starają się maksymalnie obniżać cenę, by tymi kilkudziesięcioma groszami różnicy skusić mniej zamożnego klienta. Jednak coś, co miałoby sens przy ogromnej sprzedaży, jest zabójcze przy "partyzanckiej" dystrybucji i niewielkim zbycie. Problem w tym, że to swoista kwadratura koła - gdyby ceny były wyższe, to z kolei zniknąłby jedyny w powszechnym odbiorze atut piw z małych browarów, a konsumenci sięgnęliby po reklamowane produkty z dużych koncernów. Tym bardziej, że te ostatnie wiedzą, co w trawie piszczy - gdy recesja ostatnich kilku lat sprawiła, iż zubożały konsument częściej zaczął sięgać po tańsze piwa (obserwowałem rosnącą popularność takich wyrobów w sklepach odwiedzanych przez mniej zamożne osoby), wówczas i one wprowadziły na rynek tańsze marki. Kompania Piwowarska wypromowała "Żubra", Grupa Żywiec "Tatrę", a Carlsberg-Okocim "Harnasia". Efekt jest taki, że niewielkie browary wytwarzają piwo na granicy opłacalności, nawet jeśli zwiększają produkcję. Wystarczy więc niewielkie zaburzenie, np. nieco chłodniejsze lato i związany z tym spadek konsumpcji piwa, by któryś z zakładów mógł nie przetrwać. Tak stało się z częstochowskim Browarem Kmicic, który zakończył życie na przełomie poprzedniego i bieżącego roku. Nie wszedł na większą skalę do hipermarketów, w niewielkich sklepach dostępny był - też w sposób daleki od ideału - głównie w regionie, a niska cena (np. sztandarowy produkt - piwo "Kmicic" - ok. 1,5 zł za butelkę) nie pozwalała na duże zyski. Niezbyt słoneczne lato 2004 oznaczało mniej sprzedanego piwa i browar z niemal dwustuletnią tradycją stał się wspomnieniem. Walka o każde gardło Nie oznacza to, że nie można walczyć z gigantami. Część małych browarów - zarówno z długimi tradycjami, jak i stosunkowo nowych - zaczyna dostrzegać, że ich jedynymi i niejako naturalnymi atutami są dwie kwestie: lokalność oraz specyfika. Oznacza to, że najważniejszym rynkiem jest region, w którym browar funkcjonuje i to właśnie w nim należy skoncentrować wysiłki promocyjne, aby "wychować" lojalną klientelę. Dopełnieniem tego może być "wyjście w Polskę" z produktami wysokiej jakości, niepowtarzalnymi, stanowiącymi alternatywę dla koncernowej jednolitej tandety - takimi, za które konsument zapłaci tyle samo lub wręcz znacznie więcej niż za "Żywca", "Tyskie"; czy "Okocim", które pił setki razy i które wydają mu się nijakie. Najlepsze efekty przynosi kombinacja obu tych działań. Z powodzeniem stosowały ją Browary Lubelskie, które osiągnęły znakomitą pozycję w regionie, gdzie piwo "Perła" jest najpopularniejszą marką, uznaniem cieszy się także ich produkt "Zwierzyniec". Podobnie robi browar z Lwówka Śląskiego, choć tu proporcje są odwrotne - region owszem, ale producent stara się dotrzeć przede wszystkim do konsumentów z całego kraju z cenionymi piwami "Książęce" i "Dobre Mocne". Browar Amber z Bielkówka (nieopodal Gdańska) oferuje na lokalny rynek - gdzie na miarę swoich możliwości dba o promocję - szeroki zestaw przyzwoitej jakości piw o standardowych parametrach; ciekawostką jest warzone od niedawna piwo przeznaczone specjalnie dla kibiców klubu sportowego Arka Gdynia. Jednocześnie na skalę ogólnopolską próbuje się przebić z tradycyjną, choć niemal zapomnianą odmianą piwa, "Koźlakiem". W pięknych butelkach piwo to sprzedawane jest w całym kraju nawet po 4 zł i wiem, że cieszy się sporym powodzeniem. Niedawno ten sam producent wprowadził na rynek piwo "Żywe" - warzone tradycyjną metodą, niepasteryzowane, ładnie opakowane. Co ciekawe, piwo to uzyskało certyfikat organizacji "Slow Food", zajmującej się promowaniem tradycyjnych, oryginalnych produktów spożywczych (wywiad z jej liderem prezentowaliśmy w "Obywatelu" nr 11). Cena "Żywego" też oscyluje powyżej 3 zł, a podobno mimo to znika ono szybko z punktów sprzedaży. Niech rozkwita sto kwiatów Ta tendencja wydaje się znajdować coraz więcej zwolenników. Małe browary dostrzegają, że ich szansa leży w oferowaniu produktu niepowtarzalnego. Browar Jabłonowo od dawna śmiało eksperymentuje z piwami ciemnymi ("Belfast") i smakowymi. Browar Ciechanów wprowadza w szybkim tempie do oferty szereg "dziwactw" piwnych: piwo miodowe, "Farskie" (na wzór niemieckich piw z kilku rodzajów słodu), porter, niepasteryzowane wersje zwykłego i mocnego "Ciechana Wybornego". Browar Krajan z Trzeciewnicy k. Nakła nad Notecią coraz lepiej radzi sobie z dystrybuowaniem ciemnego "Irlandzkiego Mocnego" i portera. Browar w Zduńskiej Woli niedawno zaczął produkcję portera i koźlaka, Browar Gab z Wąsoszy k. Częstochowy planuje wznowić produkcję swego Stouta - piwa ciemnego. Z kolei malutki Browar Na Jurze z Zawiercia po kilku latach warzenia trzech zwykłych i niewyszukanych gatunków piwa wprowadza właśnie na rynek bardzo rzadki produkt, bodaj jedyny w kraju w wersji butelkowanej - piwo niepoddane procesowi filtracji. Browary coraz częściej promują swoje - także te bardziej standardowe niż wyżej opisane - wyroby jako coś, czego warto spróbować. Przestają się wstydzić starych technologii i metod warzenia, wykorzystują "archaizm" produktu, odwołują się do kulturowej lub przyrodniczej specyfiki regionu, w którym działa dany zakład. Browar Grudziądz na etykiecie eksportowej wersji "Tańcowane Strong" informuje anglojęzycznego konsumenta, że piwo to posiada niepowtarzalny smak, będący efektem tradycyjnych metod warzenia, które zachowały się już tylko w małych, niezależnych browarach regionalnych. Oczywiście nie gwarantuje to automatycznie sukcesu, bo rynek jest trudny. Niemniej jednak małe browary muszą starać się robić to wszystko na raz - dbać o lokalnych konsumentów "zwykłego" piwa, oferując im produkt o przyzwoitej jakości, starać się "przebić" z porządnym piwem poza region, a także wprowadzać różne "nowinki", za które bardziej wymagający konsument zechce zapłacić dużo więcej niż za koncernową tandetę. Twoje piwo - Twój wybór Konserwatywny myśliciel Edmund Burke stwierdził kiedyś, że "Dla triumfu zła potrzeba jedynie, aby dobrzy ludzie nic nie robili". I to jest sedno zmagań z uniformizacją rynku piwa - i nie tylko piwa. Każdy konsument decyduje za co płaci, czyli kogo wspiera, komu zaś wsparcia odmawia. Każda złotówka wydana na piwo wielkiego koncernu jest jedną złotówką mniej w kasie małego browaru. Malcolm X, jeden z radykalnych murzyńskich przywódców w walce o równouprawnienie w USA, powiedział niegdyś, że "Kartka wyborcza jest jak kula karabinowa - nie marnuje się kuli". Każda złotówka wydana w sklepie też jest jak kula karabinowa... Możesz narzekać na brak wpływu na rzeczywistość, na wyalienowane instytucje, na bezkarnych i samowolnych polityków. Ale gdy trzeba iść na zakupy, to w większości przypadków możesz narzekać tylko na siebie, jeśli wybrałeś produkt spod znaku ujednolicenia i destrukcji. Sam decydujesz, po co sięgasz na sklepowej półce, co kupujesz na imprezę, do jakiego lokalu się wybierzesz. Choć jest to banał, należy o nim stale przypominać: Twoje pieniądze kształtują świat. Pamiętam pewne spotkanie poświęcone skutkom globalizacji. Przez dwie godziny słuchałem o tym, jak szkodliwe są wielkie koncerny, jak kolonizują świat, jak wypierają lokalne wyroby i ich producentów. Po spotkaniu była impreza, ja miałem "Super Piwosza" z Browarów Górnośląskich. Rozejrzałem się po sali - kilkadziesiąt osób, łącznie z prowadzącym wcześniejszy wykład, piło "Tyskie", "Lecha", "Żubra", "Żywca", "Warkę Strong" i "Dębowe". Gdyby ktoś zaproponował tym ludziom, aby zjedli posiłek w McDonalds'ie lub napili się Coca-Coli, byliby oburzeni lub zniesmaczeni. Tymczasem ani McDonald's, ani Coca-Cola nie mają w swoich sektorach na polskim rynku tak wielkiego kawałka "tortu", jak miejscowe filie Heinekena czy SABMillera... Remigiusz Okraska |
Mieszkanie czy Dom?! ![]() Wielu młodych ludzi, próbujących się usamodzielnić i zamieszkać na swoim, staje przed trudnym wyborem: co kupić mieszkanie czy dom? Kiedyś wybór ten był oczywisty. Na wygodny i przestronny dom mogli pozwolić sobie tylko nieliczni, ci najlepiej sytuowani, najbogatsi. Dla przeciętnie zarabiającego Polaka dom był perspektywą jak z bajki, ale własne, nie za duże mieszkanie było w zasięgu jego ręki. Jeszcze kilka lat temu wśród ofert mieszkań dostępnych na rynku można było przebierać. Zastanawiać się tygodniami, a nawet miesiącami, porównywać, kaprysić. Rynek był bardziej przyjazny i otwarty dla kupca. Dziś decyzja: dom czy mieszkanie nie jest łatwa, gdyż sytuacja na rynku lokalowym w ostatnich latach znacząco się pogorszyła. Pogorszyła się z punktu widzenia nabywcy. Wzrosły gwałtownie ceny mieszkań i nic nie wskazuje na to, żeby ten stan miał się zmienić. Czas na podjęcie decyzji skrócił się do kilku dni, a czasem nawet kilku godzin. Mieszkanie czy dom oto jest pytanie... RYNEK MIESZKAŃ I DOMÓW - PARAMETRY, PROGNOZY, TENDENCJE, CENY Zakup mieszkania bądź domu to dla większości z nas decyzja na całe życie. Coraz częściej jednak inwestowanie w nieruchomości jest także formą korzystnej lokaty kapitału. W obu przypadkach — zanim podejmie się decyzję o zakupie nieruchomości, warto dokładnie przeanalizować wszystkie elementy oferty, ze szczególnym uwzględnieniem najbardziej istotnych dla nas parametrów. RYNEK PIERWOTNY I WTÓRNY Rynek pierwotny Na rynku pierwotnym oferowane są najnowsze, jeszcze niezasiedlone mieszkania i domy. Ogłoszenia firm budujących mieszkania czy domy na sprzedaż można znaleźć w Internecie i prasie lokalnej. Można też zasięgnąć informacji bezpośrednio w siedzibie dewelopera, gdzie do wglądu są projekty i dane techniczne poszczególnych inwestycji. Pamiętajmy, że na rynku pierwotnym transakcja zawierana jest bardzo często na wstępnym etapie procesu inwestycyjnego. Nierzadko podejmując decyzję o zakupie, opieramy się jedynie na wizualizacjach i makietach, kupujemy dane na papierze, a tym, co możemy zobaczyć w terenie, jest plac budowy, z którego szybciej lub wolniej wyłania się nasze M. Jeżeli jednak stawiamy na nowe lokum i nie zależy nam na natychmiastowym wprowadzeniu się, powinniśmy wgłębić się w ofertę rynku pierwotnego. Znajdziemy w niej nowoczesne lokale z dobrze zaprojektowaną i estetyczną powierzchnią wspólną, w budynkach o interesującej architekturze, ze starannie zaaranżowanym otoczeniem. Rynek wtórny Rynek wtórny obejmuje lokale i domy już użytkowane, wśród których mogą być zarówno nieruchomości zupełnie nowe, jak i starsze (czasem nawet przedwojenne), zbudowane w różnych technologiach. Interesujące nas informacje możemy uzyskać w prasie, Internecie, na targach branżowych, w agencjach nieruchomości oraz spółdzielniach mieszkaniowych. Decydując się na zakup mieszkania na rynku wtórnym, warto zwrócić się o pomoc do profesjonalnego pośrednika, który dysponuje bogatą bazą danych i na podstawie naszych wskazówek i wymagań dokona wstępnej selekcji ofert. Jeśli stawiamy na czas, potrzebujemy mieszkania 'na już", skupmy się na rozpoznaniu rynku wtórnego. Jego zaletą jest bogata oferta mieszkań gotowych do zasiedlenia w różnych, często bardzo atrakcyjnych miejscach. Plusem jest także możliwość obejrzenia lokum i zapoznania się z otoczeniem. Wadą może okazać się słaby stan techniczny budynku i instalacji. Kupione mieszkanie często wymaga remontu i modernizacji. RYNEK MIESZKAŃ Od kilku lat na rynku mieszkań obserwujemy zdecydowaną przewagę popytu nad podażą. Choć stale rośnie zapotrzebowanie na mieszkania, rynek cierpi na niedobór nieruchomości. Liczba osób zainteresowanych kupnem mieszkań nie zmniejsza się, a oferta rynku nie powiększa się w znaczący sposób. Co wpłynęło i nadal wpływa na wzrost popytu na zakup mieszkań: 1) czynniki gospodarcze: * niskie oprocentowanie i duża dostępność kredytów mieszkaniowych oferowanych przez banki (tzw. uwolnienie źródeł finansowania zakupu, od 2004 r.), * decyzja Komisji Nadzoru Bankowego o ograniczeniu od 1 lipca 2006 r. dostępności nisko oprocentowanych kredytów mieszkaniowych udzielanych w walutach obcych, * zapowiadana przez rząd od 2007 r. likwidacja podatkowej ulgi odsetkowej od kredytów mieszkaniowych, * wprowadzenie w 2007 r. 19-procentowego opodatkowania zysku od sprzedaży nieruchomości. 2) czynniki społeczne: * wejście w wiek produkcyjny pokolenia wyżu demograficznego, * obniżenie wieku osób usamodzielniających się, * stosunkowo stabilny napływ obcokrajowców. Mała liczba ofert sprzedaży i powiększająca się grupa chętnych do zakupu sprawiają, że ceny mieszkań rosną w zastraszającym tempie. Specjaliści od rynku nieruchomości podają, że w ciągu ostatnich dwóch lat w niektórych rejonach nastąpiło zwiększenie cen mieszkań o 100, a nawet 200 procent. Coraz powszechniejszą praktyką stosowaną przez właścicieli mieszkań jest wycofywanie ofert z rynku i wprowadzanie ich na nowo w dużo wyższej cenie. Ceny nieruchomości położonych na peryferiach zaczynają też powoli doganiać ceny lokali w centrum. Ze względu na wzrost cen materiałów budowlanych i kosztów robocizny, a także na skutek niedoborów kadrowych na placach budowy (odpływ fachowców za granicę), inwestorzy sukcesywnie podnoszą ceny nowych mieszkań. Nie odstrasza to jednak nabywców. W większości inwestycji, które są obecnie na ukończeniu, prawie wszystkie mieszkania już dawno sprzedano. Sytuacja na rynku pierwotnym wpływa na rynek wtórny. I tu ceny drastycznie rosną. Obecnie mówi się o średnio ponad 20-procentowym wzroście cen zakupu mieszkań (w raporcie WGN Real Estate czytamy o 26-procentowym wzroście w ciągu trzech kwartałów 2006 r.). Znalezienie satysfakcjonującej oferty, czyli wymarzonego M w przystępnej cenie, jest bardzo trudne. Rynek wydaje się dość wysuszony pod względem podażowym. Jeśli w ogóle chcemy coś kupić, musimy być elastyczni. Nierzadko rynek wymusza na nas korektę własnych oczekiwań i wymagań. Przede wszystkim nie wolno nam zapomnieć, że czas działa na naszą niekorzyść. Jak podkreślają specjaliści, w 2006 r. czas sprzedaży mieszkań skrócił się średnio z sześciu miesięcy (przed rokiem) do kilkunastu dni (obecnie). Czasem, w przypadku niezwykle atrakcyjnej nieruchomości, zwłaszcza w dużych miastach, podjęcie decyzji jest kwestią kilku godzin. Tendencje Charakterystyczne tendencje, jakie wystąpiły od początku 2006 r. na rynku mieszkaniowym w dużych miastach Polski: * wysoki popyt przy umiarkowanej podaży mieszkań, * wzrost cen sprzedaży średnio o 26 proc., * duże zainteresowanie zakupem mieszkań 2- i 3-pokojowych, przy lekkim spadku popytu na mieszkania 1-pokojowe, * 2,5-krotny wzrost zainteresowania zakupem mieszkań apartamentowych, * korzystanie z uzupełniających kredytów mieszkaniowych: ok. 92 proc. kupujących (udział kredytu stanowi przeciętnie 78 proc. ceny mieszkania), * przedział wiekowy najaktywniejszych kupujących: 26-45 lat. Dane za: WGN Real Estate. (Raport udostępniono podczas konferencji prasowej dotyczącej XV Międzynarodowych Targów Inwestycji i Nieruchomości REFE, 7 września 2006 r., Wrocław). Ceny mieszkań w dużych polskich miastach O tym, jak kształtują się ceny mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym w miastach wojewódzkich, można się przekonać, klikając na odpowiedni link: Białystok • Bydgoszcz • Gdańsk • Gorzów Wielkopolski • Katowice • Kielce • Kraków • Lublin • Łódź • Olsztyn • Opole • Poznań • Rzeszów • Szczecin • Warszawa • Wrocław. RYNEK DOMÓW W porównaniu z rynkiem mieszkań rynek domów wydaje się dość stabilny. W związku z dużą liczbą ofert, wahania cenowe na lokalnych rynkach mieszczą się w granicach 3-5 procent. Ceny domów nie rosną gwałtownie, a podaż wciąż przewyższa popyt. Ze względu na tempo wzrostu cen mieszkań kupno bądź budowa domu wydaje się dobrą inwestycją. Za nabyciem domu przemawia wiele atutów: wygoda, własna zieleń (działka o powierzchni co najmniej 500-600 m kw.), przydomowy garaż, brak sąsiadów za ścianą. Wadą domu może być jego kiepska lokalizacja. Najwięcej domów powstaje na obrzeżach dużych miast. Zła lokalizacja i oddalenie od komunikacji miejskiej sprawiają, że nierzadko dotarcie do centrum zabiera zbyt dużo czasu. Jak podkreślają specjaliści, dom dobrze usytuowany może być atrakcyjną alternatywą dla coraz droższych mieszkań. Obecnie można kupić dom za miastem, sprzedając 3-pokojowe mieszkanie w dobrym standardzie i atrakcyjnej lokalizacji w mieście. Najlepszą inwestycją są budynki powstałe po 1990 r., ze względu na dostęp do lepszych jakościowo materiałów budowlanych oraz ciekawsze rozwiązania architektoniczne. Nowoczesne technologie, użyte przy budowie tych obiektów, gwarantują energooszczędność i niskie koszty eksploatacji. Eksperci rynku ostrzegają: popyt na domy będzie rósł. W związku z tym ich ceny także pójdą w górę. Tendencje Charakterystyczne tendencje, jakie wystąpiły od początku 2006 r. na rynku domów w dużych miastach Polski: * podaż średnio 7,4-krotnie przewyższająca popyt, * wzrost cen sprzedaży o 3-5 proc., * najchętniej kupowane: domy parterowe o powierzchni użytkowej do 200 m kw., z mieszkalnym poddaszem, na działkach 800-1500 m kw., o atrakcyjnej lokalizacji (osiedle miejskie lub okolica podmiejska dobrze skomunikowana z centrum), * zrównanie w cenach domów położonych do 10 km od granic dużych miast, spełniających warunek dobrej lokalizacji, z domami w miastach, * wzrost popytu na tanie domy do remontu poza miastem, w odległości nie większej niż 30 km, pod warunkiem dobrego sąsiedztwa (ceny na poziomie 195-260 tys. zł). Dane za: WGN Real Estate. Ceny domów w dużych polskich miastach To, jak kształtują się ceny domów na rynku pierwotnym i wtórnym w miastach wojewódzkich, można sprawdzić, klikając na odpowiedni link: Białystok • Bydgoszcz • Gdańsk • Gorzów Wielkopolski • Katowice • Kielce • Kraków • Lublin • Łódź • Olsztyn • Opole • Poznań • Rzeszów • Szczecin • Warszawa • Wrocław. DOM CZY MIESZKANIE ? CO, GDZIE, ZA ILE? W poszczególnych miastach wojewódzkich sytuacja na rynku lokalowym jest dość podobna. Ceny mieszkań i domów zależą tu przede wszystkim od lokalizacji (dzielnicy, rejonu, ulicy) i stanu posesji (lokum nowe, do remontu, w stanie deweloperskim itp.). Ze względu na wielość ofert, które pojawiają się w biurach czy agencjach nieruchomości, trudno o dokładne zestawienie. Bądźmy więc świadomi, że prezentowane w artykule dane są wycinkiem większej całości. Poszczególne liczby to wartości średnie — ich bazę stanowi wybrany i zgromadzony przez autorkę materiał. Co i za ile u deweloperów i inwestorów? Nowe mieszkania i domy nie są tanie. W dużych miastach cena metra kwadratowego (m kw.) nowego lokum w atrakcyjnym miejscu kształtuje się w granicach 3-8 tys. zł. Choć większość inwestycji pozostaje wciąż w fazie projektu, to lokale i tak są już wyprzedane. Nabywców nie hamują wysokie ceny — za bezpieczeństwo i komfort (np. zamknięte, strzeżone osiedle, zaciszne miejsce, ciekawe rozwiązania architektoniczne) trzeba zapłacić więcej. Mieszkania Średnie ceny m kw. nowych mieszkań w wybranych wojewódzkich miastach: * Warszawa: 7990 zł * Kraków: 7450 zł * Wrocław: 6200 zł * Gdańsk: 4960 zł * Poznań: 4800 zł * Łódź: 3800 zł Dane: na podstawie ofert w krn.pl oraz tabelaofert.pl.[i] Niektóre inwestycje mogą szokować. Za m kw. mieszkania powstającego w ramach krakowskiego projektu Tarasy Wiślane przyjdzie nam zapłacić 9639 zł. Za m kw. apartamentu w Warszawie-Mokotowie 12 840 zł. Cała inwestycja, czyli mieszkanie wielkości 176 m kw., wyceniona jest na ponad 2 300 000 zł. W Warszawie i Krakowie 8000 czy 9000 zł za m kw. staje się normą. Tendencja ta obejmuje i inne, szybko rozwijające się miasta. Dobrym przykładem jest Wrocław. W śródmieściu można już spotkać ceny porównywalne z krakowskimi czy warszawskimi. Jeżeli natomiast pragniemy stać się posiadaczami komfortowych apartamentów na wrocławskim starym mieście, ceny od 8000 do nawet 15 000 zł za m kw. nie powinny nas dziwić. Domy W przypadku domów wiele firm deweloperskich stawia na tereny na obrzeżach miast. Liczba ofert dotyczących nowych wolno stojących domów w samym centrum jest znikoma. Osiedla domków jednorodzinnych, bliźniaków lub szeregowców powstają zwykle w ładnych, ze względu na krajobraz, okolicach (a takich w zagospodarowanych centrach jest niewiele). Ceny nowych domów (o zbliżonej wielkości powierzchni i działki) w wybranych miastach: Domy-segmenty: * Kraków, Podgórze (134 m kw., działka 421 m kw.): 600 413 zł (4484 zł/m kw.) * Warszawa, Piaseczno (194 m kw., działka 319 m kw.): 672 400 zł (3466 zł/m kw.) * Wrocław, Osiedle Malownicze (174 m kw., działka 304 m kw.): 487 942 zł (2795 zł/m kw.) Domy wolno stojące: * Warszawa, Piaseczno (150,5 m kw., działka 481 m kw.): 815 000 zł (5415 zł/m kw.) * Gdańsk, Morena (150,3 m kw., działka 538 m kw.): 648 371 zł (4314 zł/m kw.) * Gorzów Wielkopolski, Osiedle Piaski (136 m kw., działka 600 m kw.): 285 000 zł (2095 zł/m kw.) Mieszkania i domy z rynku pierwotnego kuszą nowoczesnymi rozwiązaniami budowlanymi. Wysoka cena ma być gwarancją jakości i standardu. Zwykle obejmuje wykończenie lokum, tzw. biały montaż. Miło jest zamieszkać w czystym i ciekawie zaprojektowanym miejscu, pachnącym nowością i świeżością. Co ciekawe, dom tylko z pozoru okazuje się inwestycją droższą. Przykładowo, za przestronne nowe mieszkanie wielkości ponad 120 m kw. na warszawskim Mokotowie zapłacimy 933 745 zł (7122 zł/m kw.). Bliźniak (155 m kw.) na podwarszawskim Żółwinie będzie nas kosztował 711 608 zł (4591 zł/m kw.). Oprócz w pełni własnego kąta, bez sąsiadów za ścianą, zyskamy sporą działkę (w tym przypadku ponad 1000 m kw.). Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na nowe mieszkanie, czy nowy dom, nie możemy zapomnieć, że choć od inwestorów otrzymamy lokal pod klucz, to za jego urządzenie przyjdzie nam całkiem niemało zapłacić. Drogo na rynku pierwotnym? Może więc rynek wtórny? Ceny na rynku wtórnym w miastach wojewódzkich są bardzo zróżnicowane. Na ich wysokość wpływa m.in. wiek mieszkania lub domu (lokum przedwojenne, powojenne, zbudowane po 1990 r.), jego ogólny stan techniczny (do zamieszkania, do remontu, w stanie surowym itp.) i usytuowanie. Mieszkania i domy Jeżeli chcemy kupić mieszkanie w jednym z miast wojewódzkich, musimy liczyć się z dużymi rozbieżnościami w cenach. Wszystko zależy od tego, jaką dzielnicę wybierzemy i na jakie mieszkanie się zdecydujemy. Średnio za m kw. mieszkania w centrum zapłacimy około 3000-4000 zł. Nie jest to jednak regułą. Warszawa, Kraków, Wrocław czy Gdańsk i na rynku wtórnym dyktują własne ceny. Ile średnio zapłacimy za m kw. w każdym z 16 wojewódzkich miast? * Warszawa: 7600 zł * Kraków: 7100 zł * Wrocław: 5500 zł * Gdańsk: 4900 zł * Poznań: 3900 zł * Olsztyn: 3900 zł * Opole: 3700 zł * Szczecin: 3600 zł * Białystok: 3400 zł * Rzeszów: 3400 zł * Bydgoszcz: 3300 zł * Lublin: 3200 zł * Kielce: 3100 zł * Łódź: 2900 zł * Katowice: 2900 zł * Gorzów Wielkopolski: 2200 zł [i]Dane: na podstawie ofert w krn.pl oraz tabelaofert.pl. A jak wygląda to w praktyce? Za mieszkanie zbudowane po 1990 r., wielkości około 75 m kw., w stanie do zamieszkania, najmniej zapłacimy w Gorzowie Wielkopolskim (141 000 zł). Trochę więcej przyjdzie nam wyłożyć w Szczecinie i Katowicach (ok. 230 000 zł). W Bydgoszczy nabędziemy interesujące nas lokum za 280 000 zł, a w Łodzi i Lublinie dodamy do rachunku jeszcze 20 000 zł. Gdańsk i Olsztyn wymogą na nas wydatek rzędu 360 000-380 000 zł. 600 000 zł zapłacimy w Krakowie, a w stolicy na Mokotowie przyjdzie nam wydać nawet 850 000 zł. Za tę ostatnią kwotę uda się nam kupić całkiem pokaźny dom. Przykładowo: * 800 000 zł — Bydgoszcz, Osowa Góra: dom (1999), 250 m kw., działka 750 m kw. * 730 000 zł — Szczecin, Żelechowa: dom (1995), 250 m kw., działka 560 m kw. * 680 000 zł — Białystok, Osiedle Bażantarnia: dom (lata 90.), 280 m kw., działka 500 m kw. Dla 75-metrowego, nawet bardzo ekskluzywnego mieszkania w Warszawie ponad 200 m kw. domu na własnej, dość dużej działce jest atrakcyjną alternatywą. 800 000 zł to niemało! Nawet za 250-280 m kw. własnej przestrzeni i spory grunt do wykorzystania przy domu. Ceny domów w dużych miastach (nie w centrach, raczej na obrzeżach, w peryferyjnych dzielnicach) są bardzo różne. Za dom o powierzchni 200-250 m kw. na działce wielkości 500-900 m kw. zapłacimy: * w Rzeszowie (219 m kw., działka 500 m kw.) 400 000 zł, * w Kielcach (200 m kw., działka 500 m kw.) 500 000 zł, * w Katowicach (240 m kw., działka 680 m kw.) 590 000 zł, * w Opolu (252 m kw., działka 700 m kw.) 700 000 zł. Dla porównania: na Pradze Płd. w Warszawie na dom o zbliżonych wymiarach (210 m kw., działka 890 m kw.) będziemy musieli wydać 1 100 000 zł. ZAMIAST PODSUMOWANIA Nie trzeba nikogo przekonywać, że zarówno kupno domu, jak i mieszkania wiąże się z dużym wydatkiem. Niewielu z nas dysponuje kwotą kilkuset tysięcy złotych. Jeśli jednak zapożyczymy się u znajomych krezusów, weźmiemy kredyt lub wygramy w totka i podejmiemy decyzję, by zdobyć swój własny kąt, perspektywa domu w obliczu wysokich i wciąż rosnących cen mieszkań wydaje się coraz bardziej kusząca. |